Jak przeżyłem pół miesiąca bez alkoholu? [DETOKS]

Detoks. Słowo, które wprowadza niezręczne pomrukiwanie i kojarzy się jednoznacznie negatywnie. Robisz detoks, więc masz problem z alkoholem albo z narkotykami. Ewentualnie kupiłeś w Mango plastry Aikido. Jakiś czas temu zdecydowałem się na swój pierwszy alkodetoks. Czas idealnie mi zagrał, bo właśnie wróciłem z urlopu — miksu pubowania i wyjazdu na domek połączonego z odwiedzinami u kolegi — a już w perspektywie miałem Bracką Jesień w Cieszynie. Postanowiłem ten okres pomiędzy jednym piciem a drugim piciem przeznaczyć na odciążenie wątroby. Na detoks.

Trwał dokładnie 2 tygodnie i 3 dni.

Założyłem, że nie może być za krótko, ale też bez przesady, że stronię od alkoholu do Andrzejek.

Ile alkoholu wypijałem dotychczas?

I tak mniej, niż jakiś czas temu. Tak najchętniej odpowiadałem tym, którzy pytali.

Mam ojca alkoholika, więc z alkoholem powinienem uważać. Raczej nie piję w każdy weekend; co sobotę nie zgonuję na wersalce, rzygając do miski. Owszem, miewam kaca, nawet po 2 piwach wieczorem. Nie przeholowuję, a w tygodniu — jeżeli nie ma czego „opijać” — nie piję ani kropli. Imieniny wujka kolegi z technikum nie są żadną okazją, by się napić. Promocja na dżem truskawkowy w pobliskim Tesco również nie.

Jakiś czas temu założyłem, że alkohol staram się spożywać tylko raz w tygodniu.

Detoks nie był mi więc potrzebny, aby spojrzeć na weekendowe picie z zewnątrz. Aby zobaczyć upodlonego co piątek człowieczka, robiącego głupoty.

Był mi potrzebny, bo chciałem sprawdzić, jak się poczuję. Czy coś się zmieni w moim samopoczuciu i psychice. Postawiłem 3 konkretne pytania:

  • Czy będę umiał wytrzymać bez alkoholu?
  • Czy wyjście ze znajomymi będzie trudniejsze albo nieprzyjemne bez alkoholu?
  • Czy poczuję się o wiele lepiej?

Ciekawi, czy coś się zmieniło? Jeszcze momencik, bo ważny jest też odpowiedni setting :)

Jak radzić sobie bez alkoholu?

Brzmi jak pytanie rodem z AA? Nie jest jednak bezpodstawne!

Był to sierpień. Słońce — jak mu się zachciało — wyglądało zza chmur. Wychodziło się wspólnie na plażę marznąć w  20°C, bo tegoroczne lato nad morzem było miksem późnej wiosny z wczesną jesienią i coś mu się nieźle poprzestawiało. Wszyscy inni brali z Fresha korpolagera czy nalewkę (Soplica, my love!), a ja o suchym pysku siedzieć nie zamierzałem.

Wymyśliłem więc, że będę popijał piwa bezalkoholowe. Miały jednak za silną konotację ze zwykłym piwem, a do tego są ohydne i po jednym masz ochotę wylać resztę do kranu. Olałem to.

Przerzuciłem się na kwas chlebowy i to był strzał w dziesiątkę. Dawno nic mi tak nie smakowało! Jest to jednak trunek specyficzny, dla większości niepijalny, przygotowałem więc małą listę zamienników. Niekoniecznie zdrowych, ale 4-pak na plaży do najzdrowszych też nie należy.

Wśród zamienników alkoholu wybierałem spośród:

  • soków NFC dobrej jakości (bezpośrednio tłoczone),
  • napojów izotonicznych,
  • mrożonych herbat,
  • kefirów, maślanek, mlek acidofilnych (naturalnych)
  • wysokozmineralizowanych wód mineralnych,
  • soków warzywnych (buraczkowy, marchwiowy, wielowarzywny),
  • soków „modnych” (np. z nasionami chia) i wód funkcyjnych (np. Oshee Witamin Water)

Moim ulubieńcem został jednak kwas chlebowy, wymiennie z sokami warzywnymi. Taki karton soku pomidorowego to 200 kcal. Dobre i nie tuczy, a do tego mnóstwo potasu.

Czy porzucenie piwa stanowiło jakiś problem? Absolutnie nie!

Psychika raz, że mówiła mi „hej, stary, to zdrowsze!„, to jeszcze piłem coś nierzadko smaczniejszego od najlepszego piwa, jakie byłbym w stanie kupić w sklepie. Sok pomidorowy z tabasco jest lepszy od każdego eurolagera, a kwas chlebowy swoim aromatem miażdży każde ciemne piwo z osiedlowego marketu.

Przejdźmy jednak do najważniejszego.

Odczucia psychiczne i fizyczne po odstawieniu alkoholu

Mógłbym wymieniać i wymieniać, skupię się jednak na tych najwartościowszych.

Nie odczułem skutków negatywnych.

Możecie się śmiać, ale alkohol to przecież substancja o działaniu psychoaktywnym. Piję go regularnie od lat, więc odstawienie po takiej ekspozycji powinno mieć na mój organizm jakikolwiek negatywny wpływ. Tak mi się zdawało.

Nic. Zero. Żadnych drgawek, wzmożonej potliwości, majaków sennych, białych myszek, spadku serotoniny, bólów głowy czy rozkojarzenia. Nic z tych rzeczy.

Nie płakałem też, bijąc pięściami w drzwi pobliskiej modrowni, celem oszmacenia 3 Warek z syropem (bo inaczej tego świństwa się pić nie da). Nie wyrywałem się też wieczorem pod Fresha i nie lizałem szyby z Krupniczkiem bijącym po oku blaskiem wódczanym niczym na polach lubelszczyzny lśniące pszenicy łany.

Za to lista pozytywnych skutków zaskoczyła mnie jak ceny masła w hipermarkecie.

Gotowi?

  1. Poprawiła się jakość snu — i tak śpię mocno i nie budzę się w nocy, ale zasypiałem jeszcze szybciej. Rano wstawałem bez zamułki, łatwiej łapałem „rytm dnia”. Nie było może tak, jak w reklamach kaw rozpuszczalnych z amfetaminą, ale o wiele chętniej ruszałem do pracy. Ani razu nie obudziłem się „zaklejony”.
  2. Czułem się bardziej zmotywowany i gotowy do działania w ciągu dnia — miałem ochotę pisać, pracować, robić ciekawe rzeczy. Do głowy wpadało więcej pomysłów. Byłem bardziej rozgadany (przerąbane, bo i tak sporo gadam), robiłem więcej planów i wszystkim bardziej się cieszyłem. Trochę jak na jakiejś fazie. Lekki serotoninowy rush.
  3. W ciągu dnia nie odczułem ani razu spadku energii — cudowne uczucie. Po posiłku czy pod wieczór nierzadko łapie się lekką zamułkę. Na 2 tygodnie zapomniałem, jak to jest chcieć położyć się na chwilę w dzień. W ogóle tego nie było. Jak ręką odjął.
  4. Nie bywałem senny i przymulony —  a w ciągu dnia czasami energetycznie „tąpnę” i idę po kawę. W zasadzie mógłbym nie pić kawy czy yerby. Przez cały dzień utrzymywałem stały poziom energetyczny, zamiast klasycznej sinusoidy.
  5. Więcej się uśmiechałem — czerpałem więcej przyjemności z codziennych czynności i czułem się po prostu lepiej. Nie twierdzę, że stałem się z dnia na dzień mówcą motywacyjnym i wulkanem energii, jednak gdyby w skali 1 do 10 zobrazować moje samopoczucie przed detoksem, to oscylowałoby ono między 5 a 7. Po detoksie było to między 7 a 8. Spory skok, za darmo, bez stymulantów, lekarza i tabliczki czekolady dziennie.

Ktoś powie: „człowieku, ale jak nie piłeś w tygodniu, to przecież we wtorek powinieneś być jak nowy!” I tutaj leży pies pogrzebany. Jak się dobrze popije, to okazuje się, że człowiek przez 4-5 dni dochodzi do siebie. W piątek masz powera na imprezę, w sobotę umierasz i w czwartek czujesz się okej. Koło się zatacza, znów jest piątek i walisz cztery shoty Żołądkowej pod tatara. Nie mówię, że każdy tak ma, ale u mnie się sprawdziło.

Do tego dochodzi niedospanie z weekendu.

Dodatkowe obserwacje detoksowe

Prócz pozytywnego wpływu na kondycję psychofizyczną, odnotowałem również:

  • Spadek wagi piwo tuczy (bezpośrednio i pośrednio), a ponadto wzmaga apetyt. Po kefirze nie miałem ochoty na hot-doga z Orlenu czy kebsa. Zaoszczędzałem kalorie na piwie. Wątroba i układ hormonalny pracował lepiej, a odstawiając alkohol, skupiałem się też na tym, aby przy okazji sensownie jeść. W 2,5 tygodnia spadł około 1 kilogram. To sporo.
  • Inni pili w moim towarzystwie mniej, albo wcale — mega zaskoczenie! Kiedy rezygnowałem w sklepie z alkoholu, ktoś stwierdzał, że w sumie nie musi tych dwóch piwek. Następowała reakcja łańcuchowa, aż ostatnia osoba nie chciała pić sama i też wybierała zamiennik. Na pewno pomagał tu fakt, że trzymam się z dość „fit” ekipą, a nie z moczymordami, chcącymi napić się przy każdej okazji.
  • Zamieniliśmy spotkania przy alkoholu na spotkania przy czymś innym — najlepiej wypada tutaj deska serów. Dobre sery są tak intensywne, że nie ma ich co niszczyć alkoholem. Polecam!
  • Po zakończonym detoksie miałem o wiele słabszy łeb — alkohol szybciej do mnie trafiał i szybciej upijał. Nie umiałem tego ogarnąć. Odczułem to, kończąc detoks. Wieczorem miałem Polskiego Busa do Katowic, wypiłem więc u kolegi butelkę lekkiego białego wina na „zmułkę”. Przed detoksem byłbym lekko podpity, a tutaj już w tramwaju poczułem się na konkretnej bombie. W Katowicach obudziłem się skacowany i wymięty. O tyle dobrze, że większość trasy przespałem.
  • Niezwykle ciągnęło mnie do dobrego piwa — taka przerwa spowodowała, że czytając recenzje kraftów niemalże śliniłem się do monitora. Wyobrażałem sobie smaki i aromaty. Od natłoku aromatów odpoczął mój mózg. Pamiętacie swoje pierwsze dobre piwa? Czułem się podobnie jak na początku kraftowej drogi. A to tylko 2,5 tygodnia. Piwo sprawiało mi jeszcze większą frajdę.

Obserwacja: powiedz ludziom, że robisz detoks. Uznają, że masz problemy z alkoholem, skoro podejmujesz radykalne kroki. Ale na co dzień, jeżeli popijasz piwo, także uważają, że to źle. Że popijanie na co dzień prowadzi do alkoholizmu. W naszym kraju jedynym normalnym wyjściem wydaje się więc upodlenie raz na tydzień. To jest spoko, wtedy jesteś normalny ;)

Spostrzeżenie z pubów i multitapów

Postanowiłem poświęcić osobny akapit obserwacji z miejsc piwnych. Dwie kwestie bardzo mnie uwierały i mam nadzieję, że właściciele na przykład multitapów wezmą sobie do serca moje uwagi.

Rozumiem doskonale, że do burdelu nie idzie się potrzymać za rękę. Do restauracji nie wchodzę po kebaba, a jeśli chciałbym poczytać w ciszy, raczej ominę kluby nocne z muzyką elektroniczną. Jednakże gastronomia, mająca na celu dostarczenia miejsca do spotkań towarzyskich, powinna wyjść choć trochę naprzeciw oczekiwaniom klientów i pomyśleć o pewnej kwestii.

O napojach bezalkoholowych.

Większość dobrych knajp z piwem nie zwraca chyba na to uwagi, ale jako koleś na detoksie w mig dostrzegłem problem. W multitapach i pubach nie ma sensownych alternatyw dla alkoholu. Wybór ogranicza się przeważnie do jednego hipsternapoju, drugiego hipsternapoju i ewentualnie Coca-Coli z tak kosmiczną marżą, że miałem ochotę przerwać detoks i wypić lekkiego kwasa.

Cena za butelkę piwa wyższa o te 2-3 złote jest zrozumiała. Ale podbijanie ceny za buteleczkę Fanty do horrendalnych 6 czy 7 złotych i zrównanie jej niemalże z piwem to jakiś absurd. Pomijam już hipsterskie lemoniady, gdzie płaci się za to, że trzymasz marketing w dłoni. W ogóle Yerbata czy Mio Mate — jeśli ktoś pija yerbę — to jest śmiech na sali odbijający się długim echem.

Nie rozumiem, dlaczego na miejscu nie można zaserwować kwasu chlebowego, podpiwku, nieszczęsnego Radlera, Hopiniad, wód chmielowych czy podobnych specyfików. Mrożonej herbaty chociażby. Piw bezalkoholowych praktycznie też nie ma, ewentualnie Bavaria za gruby hajs. Podziękuję.

Czy ktoś zechce mi to wyjaśnić? Może taka jest polityka w każdym prawie lokalu?  Może komuś to nie na rękę?

Druga obserwacja — w sklepach brakuje dobrego piwa bezalkoholowego i niskoalkoholowego. Ta nisza jest wciąż niezagospodarowana! Od kormoranowego „1 na 100” nikt nie pokusił się o podobne pierdzielnięcie. Piwa bezalkoholowe są okropne, każdy Radler 0% smakuje lepiej od nich. Alternatywą zostają lemoniady chmielowe, wody chmielowe, podpiwki i kwasy chlebowe (jeśli ktoś lubi). Dla kogoś, kto chciałby poczuć smak piwa, nie ma jednak wyjścia. Może wybrać między jedną wodą z brzeczką a drugą wodą z brzeczką.

Czy wiecie, że dorwanie kwasu chlebowego nawet w hipermarkecie graniczy z cudem?

Dlaczego więc nie zostać abstynentem?

I tu Was nieźle zaskoczę.

Były chwile, kiedy rozważałem taką opcję :) 

No dobra, może nie całkowitą abstynencję, ale odpowiednik fleksitarianizmu. Alkohol tylko przy odpowiedniej okazji, a na co dzień kranówa. Kwas chlebowy zamawiałbym na cysterny, a obok bloku otworzyłbym fabrykę soków Dawtona czy innej Fortuny.

Nie zostałem i nie zostanę abstynentem, bo lubię wypić dobre piwo czy whisky w towarzystwie. Po detoksie spojrzałem jednak całkowicie inaczej na alkohol. Zauważyłem, że przez cały czas podtruwa organizm i przekonałem się, że można bez niego żyć. Dokonałem również kilku obserwacji społecznych.

Postanowiłem też jeszcze bardziej ograniczyć alkohol. To przyszło samo. Uznałem po prostu, że nie warto tak często pić.

Każdemu z Was polecam taki detoks. Większość z Was nie podejmie się próby, wielu by się zapewne nie udało. I to ostatnia obserwacja.

Skoro nie jesteśmy alkoholikami, to dlaczego tak trudno zrezygnować nam z alkoholu choćby na tydzień…?


Spodobał Ci się ten tekst? Uważasz, że obserwacje poczynione na detoksie są wartościowe? A może sam chcesz podjąć się takiego odtruwania? Pacnij w like, abym wiedział, że komuś „wjechałem na psychikę” :)

PS > Na początek przyszłego roku planuję miesięczny detoks :)

  •  
  •  
  •  
  •  

20 komentarzy

  1. Zbić tolerkę i jeszcze dać długasa na blogu – sprytnie!

    • A na poważnie – alkoholizm zaczyna się tam, gdzie zaczynają się nasze własne pytania o alkohol. Alkoholik potrafi nie pić nawet parę miesięcy, ale i tak wraca do picia. Regularność – nie ilość. Gros to dobrze zarabiający miłośnicy dobrych trunków, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez jednej szklaneczki. Jednak kiedy zaczynamy sami się sprawdzać, próbować ograniczać, to już może być początek. Dobry tekst.

  2. Siema, polecam wykorzystać Wielki Post na taki detoks. Ja nie jestem jakoś szczególnie wierzący, ale w tym okresie generalnie mało się dzieje a poza tym łatwo jest o wymówkę wśród rodziny i znajomych — mówię że poszczę i nikt mi głowy nie zawraca. :) Wychodzi tego czterdzieści parę dni i tak już od trzech lat praktykuję ów proceder.

    • Czołem. Ja z kolei praktykuję od Andrzejków do Wigilii. Z jedynym wyjątkiem: tj. na świąteczną imprezę firmową ;-)

  3. Grzegorz Z.

    20 Paź 2017 at 14:48

    „Skoro nie jesteśmy alkoholikami, to dlaczego tak trudno zrezygnować nam z alkoholu choćby na tydzień…?” Nie piję więcej niż 1 piwo na dzień i raczej nie przekraczam 3 piw w tygodniu. Studiuję Technologię Żywności i wiem jaki wpływ może mieć alkohol na organizm człowieka, dla tego zrezygnowałem całkowicie z destylatów, od czasu do czasu u rodziny napiję się wina, ale z piwa nie jestem w stanie zrezygnować. Tzn. jestem w stanie, ale nie chcę. Kiedy nie piję dłużej, siedzi mi w głowie myśl, że bym się napił dobrego piwa. Nie taka uporczywa i męcząca myśl, z którą nie da się walczyć. Bardziej taka myśl co chodzi za człowiekiem jak ma ochotę na coś słodkiego. Dla mnie alkohol mógłby nie istnieć, ale ja jestem uzależniony od dobrego piwa!!! Po prostu z tego smaku nie da się zrezygnować. Gdyby istniały napoje smakujące jak najlepsze krafty, to piłbym je bez przerwy, mając w dupie, czy mają alkohol czy nie ;) Myślę, że nasz problem wynika w dużej mierze z przyzwyczajenia do dobrego smaku.

  4. Łukaszu,
    szacun za wartościowy artykuł ale jedna rzecz mi tutaj zgrzyta. Jeśli dobrze przeczytałem, nie pijesz w każdy weekend, a w tygodniu jeśli nie ma wyraźnej okazji to też nie ? Dla mnie to już byłby detoks – w porównaniu z moim spożyciem ;)

    • Jeśli już piję, to w weekend, w tygodniu wcale. Generalnie wychodziło, że w każdy weekend coś wypiję, nawet te 2 piwa.

      • A więc śmiem twierdzić, że przy ilości spożywanego alkoholu przez Ciebie, detoks to zbyt duże słowo ;) Myślę czasem o takim „detoksie” ale z drugiej strony stosunkowo ciężko sobie odmówić odrobiny przyjemności jaką jest 1-2 piwo kraftowe po dniu pracy…:) bo w imię czego nie zrobić sobie małej nagrody ;) choć czasem zdarza mi sie wypić piwo z „przyzwyczajenia” choć w sumie mógłbym sie obyć bez niego…

  5. A co z piwami typu 1 na 100? Uważam że przejście na piwa niżej-alkoholowe to już spory wyczyn dla typowego piwosza.

  6. Potrzeba szukania samoograniczenia to już problem, bo odnotowujesz ten fakt. Jeśli alkohol nie napędza rzeczywistości, nie zastępuje pierwotnych odruchów, to nie ma potrzeby detoksowania.

    • Po prostu zauważyłem, że wiele wyjść od tak to piwo. Spacer? Piwo. Oglądam film? Piwo. Tego nawet się nie zauważa. Ja to dostrzegłem i sprawdziłem, czy będzie problem, jak odrzucę. Nie było. Na szczęście ;)

  7. Mam za sobą 3 detoksy: 3 miesięczny, 2 miesięczny i 4 miesięczny. Odczucia co do wpływu alkoholu na organizm mam podobne – to trucizna. Łatwiej by było zostać abstynentem, gdyby nie było „dobrych piw”. Wytrzymać bez alkoholu mogę, ale nie strzelić zimnej pszenicy w upalny dzień? Nydyrydy ;-)

  8. „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną”
    I o ile pijąc 2 piwa w tygodniu nawet nie dochodziłeś do górnej granicy spożycia alkoholu tygodniowo, to wypijając kwas chlebowy przekraczałeś codziennie zaleconą maksymalną ilość cukru (bo rozumiem, że sam go nie robiłeś, ale kupowałeś z marketu).
    Dlatego wpis dla mnie tendencyjny. Rozumiem motywy (alkoholizm w rodzinie), ale nie demonizujmy dwóch piw w tygodniu. O skutkach nadmiernego spożycia cukru pisać również nie będę, bo to chyba jasne. Jasne jest też, że cukrzyca staje się w Polsce bardzo poważnym problemem.
    Konkludując – żaden to był detoks. Następnym razem poproszę o wpis – zero cukru (mam tu na myśli cukry proste – jedno- i dwucukry) i zero alkoholu przez miesiąc. Wtedy chętnie poczytam.

  9. Ja skrupulatnie zliczam, aby nie przekroczyć 40 lekkich piw w miesiącu (mocniejsze X 2 lub X 1,5). Ponadto nie spożywam cukrów pod żadną postacią (raz na kilka dni kilka kosteczek czekolady tescowej prima sort i owoce). I zero kofeiny. Cukier to zuo – karmi tylko drożdżaki co w nas pasożytują. Kofeina to wymysł kapitalistów, aby plebs napierdzielał cyfrę. A alkohol to trunek (trucizna).

  10. bardzo fajny text.

  11. To ja muszę powiedzieć, że „rzucanie” używek jak dotąd mnie rozczarowuje ;)

    W 2011 roku, po 10 latach, rzuciłem palenie. Tyle się naczytałem jak to poprawi mi się kondycja, samopoczucie, węch i tak dalej. Kompletnie nie odczułem żadnej zmiany, w żadnym aspekcie mojego organizmu. Podobnie z alkoholem. Kiedyś piłem dużo (około 20 piw tygodniowo), potem coraz mniej, aż w którymś momencie przestałem całkowicie i nie tknąłem alkoholu przez 2 lata. Efekty psychofizyczne? Oprócz oczywistego braku kaców, kompletnie żadne. Po odkryciu kraftu znowu wróciłem do picia piwa (ok 3-5 tygodniowo) i serio nie widzę żadnych różnic.

  12. z zamiennikow polecam sok Happy Day z Mango, firmy Rauch,
    pachnie i smakuje jak dobra IPA tyle ze slodka ;)

  13. Łukasz, a nie sądzisz, że te pozytywne efekty to w dużej części również (podkreślam również) zasługa zamienników które piłeś?

    Co rok stosuje pewien zabieg – dwa tygodnie lekkiej diety bez mąki, cukru, gazu oraz alko w tym 4 dni głodówki – popijaja się tylko specjalną glinkę, która ładnie czyści jelita ze wszelkich złogów. W tym czasie pije się bardzo dużo wody i tutaj jest wg mnie klucz. Pomimo głodówki i braku wszelkich rzeczy dzieki ktorym życie zyskuje duzo sensu (mięso, piwo, makarony, kawa itd.) czuje się wtedy naprawdę dobrze, nie robie drzemek mam super humor i czuje się jakbym mógł zdobyć cały świat! Od razu mi się przypomniało to uczucie jak czytałem ten wpis!

    Tak więc przede wszystkim woda, soki i nawodnienie – to jest klucz to endorfin nie tylko podczas detoksu ale na codzień. Przecież alkohol tez odwadnia! Co o tym sądzisz?

    • Wydaje mi się, że tutaj chodziło w dużej mierze o alkohol. Mimo wszystko, diety nie modyfikowałem (jem dość sensownie, sensowniej niż 90% społeczeństwa). Jedyną zmianą było wyłączenie alkoholu (a jak widzisz, nawet cukry zostały, np. kwas chlebowy). Spróbuję raz jeszcze, miesiąc i zobaczymy co się zadzieje. Prawdopodobnie w lutym ;)

Dodaj komentarz

*

© 2013-2017 Piwolucja.pl

Theme by Anders NorenUp ↑