Tagipiwna blogosfera

Obraz blogera piwnego The Bloggerem 2017 malowany

Łazi od stoiska do stoiska. Domaga się próbek, chwyta po 40 podkładek na raz i niemalże siłą zdziera z butelek etykiety do kolekcji. Niechętnie sięga do kieszeni po portfel i notuje jak opętany. Z gębą ciągle w smartfonie, nawala oceny na Untappd, RateBeer i robi notatki na bloga. Dzień zaczyna od dużego RIS-a, rozbrajania granatów i zamawiania surowców do 106. warki IIPA. Psa nie ma, ale hoduje brzuch.

Czy ty też nienawidzisz piwnych blogerów?

Ten tekst siedział we mnie od ponad roku. W końcu – po przeczytaniu tekstu Bartka i personalnej zachęcie od niego – postanowiłem się przełamać i napisać, co myślę o relacjach browarów z blogerami. Bo niektórzy zarządcy browarów i multitapów nie rozumieją kilku kwestii. Warto więc, aby wreszcie zrozumieli. Być może robią to z niewiedzy. A być może z czystej głupoty i braku wyobraźni…

Cztery mądrości hejterów

Uwielbiam hejterów. Serio – lubię czytać niepochlebne opinie na temat swój czy Piwolucji, bo mnie to dowartościowuje i motywuje. Za każdym razem, gdy jakiś człowieczek atakuje mój blog, wiem, że odcisnąłem się buciorem na błocie przed piwno-blogowym podwórkiem. Mówi się, że bloger bez hejterów to żaden bloger. Podpisuję się obiema rękoma. Hejterzy to fajne stworzonka, które jeszcze fajniej się wkurza (nie rozumieją sarkazmu), doprowadza do białej gorączki, a na koniec banuje. Bo ja hejterów tutaj widzieć nie chcę.

Gdy piwni blogerzy odchodzą…

Jest mi wtedy smutno. To przykre, że czołowi blogerzy piwni, mający za sobą wiele wpisów, wiele degustacji i posiadający ogromne pokłady doświadczenia – kończą przygodę z blogosferą. Gdzieś na świecie umiera jeden mały jeż, płacze gromada kotków, a jednorożcowi ułamuje się róg. Moje myśli zaprząta wtedy tylko jedno pytanie: „Czy nie potrafi wziąć się w garść?„.

foka-płacze

© 2013-2017 Piwolucja.pl

Theme by Anders NorenUp ↑