5 zachowań, którymi wystraszysz kraftowego nowicjusza

Czym zepsuć miłą atmosferę, kiedy Twój przyjaciel buszował przez chwilę w półce z piwem, po czym z bananem na gębie prezentuje Ci Bojana Zombie na promce w Lidlu? Opierdoleniem go po całości na pół alejki, niczym patusiara nafukanego sebixa na koncercie z okazji urodzin Sierakowic. Jeszcze gorzej, jak naskoczysz na ziomka przy pubowej ladzie, bo mu się język omsknął i zamiast poprosić o peated pils z tonką i waflami ryżowymi, powiedział „macie coś normalnego, pokroju Perełki w promce dla studentów?”.

Naskakiwanie na klienta w pubie/sklepie

Rozumiemy wszyscy dobrze, że to jest trochę faux-pas, porównywalne do proszenia o sos czosnkowy i ser w rantach w miejscu, gdzie wypiekają pizzę neapolitańską. Sensowna obsługa, zamiast wyśmiać delikwenta, powinna zrozumieć, że być może ich knajpę odwiedził po raz pierwszy. Warto zadbać, aby nie był to jego ostatni raz. To także leży w gestii osoby, która przyprowadza przyjaciela w takie miejsce.

Nikt nie lubi być rugany, bo od razu załącza się jeden z dwóch mechanizmów — agresja, albo ucieczka w dobrze znane jasne pełne. Przypomnij sobie lekarską, zadeptaną już mocno dywizję „po pierwsze, nie szkodzić”. Nakieruj kolegę czy koleżankę na coś ciekawego. Pokieruj uwagę na APA obok. Zapytaj, czy zna takie klimaty. O Zombie rzuć mimochodem, że nawet żule nie chcą go pić bez zawąchiwania rękawa.

Pij i daj pić innym. Pozwól innym decydować o tym, czym katują wątrobę, samemu udzielając merytorycznego wsparcia. Najwyżej wypije tego Zombiaka, no co w tym złego? Kolejne nowe piwo odhaczone, pół nocy zgagi i zimnych potów, a rano już wie, że z takimi mózgojebami się nie polubi. W końcu — metodą prób i błędów, przy niewielkim wsparciu kraft mastera — Twój przyjaciel czy przyjaciółka trafi w rejony, które najbardziej mu podchodzą.

Najpiękniejsza we wszystkim, co nowe, jest eksploracja i odkrywanie nieznanych rejonów. Niepoznane dotąd połączenia barw, smaków i aromatów. Do dziś przywołuję w pamięci pierwsze miesiące żywego zainteresowania raczkującym jeszcze rzemiosłem piwnym w Polsce. Pamiętam smak i okoliczności picia większości ciekawych piw w 2013 czy 2014 roku. Synestezja na maksa i to bez pejotlu.

Gdyby wtedy ktoś ciągnął mnie za rękaw, za każdym razem, kiedy zamierzałem meandrować pomiędzy nowymi doznaniami, tych wspomnień bym po prostu nie miał.

Wracam do nich z uśmiechem na ustach.

Nadmierne spuszczanie się przy degustacji lub spłaszczanie jej do prostej popijawy

Wiecie jak wyobrażam sobie zazwyczaj domowe degustacje whisky w zacnym gronie? Trzyczęściowe garnitury, drogie cygaro, ciepłe światło na stoliku. Dżentelmeńskie rozmowy o poszetkach, akcjach na giełdzie, klasycznych wozach i filmach, które docenia tylko garstka inteligancji. Na koniec każdy bierze ostatniego hausta 30-letniego single malta i taksę do domu, nie korzystając z kuponu promocyjnego w appce. Stać ich.

Wino? Casualowy ubiór, smaczne przekąski dobrane pod konkretne szczepy, salwy śmiechu, bo ktoś coś próbuje powiedzieć po włosku, jednak bardziej wpada w mołdawski. Na koniec wszyscy kacują pod kiblem, zdychają dwa dni w wyrze, leczą się Mołdawską Piwnicą z wodą gazowaną, przegryzaną antipasti i ibuprofenem. Śmierć w konwulsjach.

Degustację wódek porównałbym do spaceru po linie zawieszonej nad przepaścią. Planuję taką zorganizować, więc powiem wam, jak już do niej dojdzie i dam znać, czy udało się dotrzeć na drugą stronę. Daleko jej będzie oczywiście do degustacji setki na przystanku przed pierwszą zmianą Stoczni Gdańskiej. Chociaż obawiam się, że ktoś wyciągnie zza pazuchy taką setkę i przekroczy pewien próg, po którym wejdzie w tzw. tryb rekina. Bo jak rekin poczuje krew…

A jak wyobrażam sobie (a nie muszę się wysilać) degustację krafcików w domowym zaciszu albo na działce?

Na początku wszyscy jarają się, jakby na majówkę przyjechała cysterna Wyborowej. Opowiadają o stylach, dodatkach, najnowszych trendach, ploteczkach, transferach piwowarskich, nowych sposobach chmielenia. Ciekawostki latają przez stół, wiedzy jest tyle, że zapamiętujesz tylko słowa klucze: hop creep, gushing, skisłe, drobnopęcherzykowa, promocja. W połowie każdy już tylko chce dojebać do pieca wymrażanką, którą wysłali Ci za darmo w paczce, ale mordę tak wykręca od alkoholowej goryczy, że zapija ją Tatrą, której czteropak leżał za szafą od osiemnastki.

Po 18:00 wszyscy są już na takiej bombie, że dopijają wódki i wina z poprzednich degustacji. Impreza kończy się rekordową falą zgonów, po której rząd wprowadza prohibicję.

W drugą stronę, nadmierny snobizm i rozdmuchiwanie przyjemnego wieczoru, mającego zapewnić ciekawy wachlarz smaków i aromatów, to prosta droga do odstraszenia nawet niektórych zatwardziałych beergeeków. To wspaniale, że zaprosiłeś przyjaciół na degustację belgijskich kwasów przeplatanych pilsami na polskich chmielach. Rączki trzymamy tu jednak na kołderce.

Jeżeli przed gośćmi, niczym przed sędziami piwnymi, stawiasz macę, zasłaniasz okna, wygłuszasz ściany, dajesz kawę do wąchania, załatwiłeś myjki ciśnieniowe, eksmitowałeś sąsiadów, a pierdnąć można iść wyłącznie dwa bloki dalej i wrócić przez komorę dekontaminacyjną, to troszkę bardzo za dużo.

Wystarczy ta maca, kawa i woda z kranu. Znam to, sam tak robiłem. Te proste zabiegi to delikatne podkreślenie „powagi” sytuacji. Nie warto jednak dopuszczać do stanu, kiedy co dwa łyki łapczywie spoglądasz na żel nawilżający i pudełko chusteczek na komodzie. Degustacja będzie rozwijająca, jeżeli masz o piwie coś do powiedzenia. Wiedzę do przekazania, potrafisz zaciekawić, rodzi się dyskusja i reszta nie postrzega tego spotkania, jako okazji do szybkiego skasowania wątroby i przefiltrowania nerek.

Straszny to cringe, kiedy dorosły facet zatapia się w kanapie, wzdycha, ciumka, mruży oczy i nie wiesz, czy nie zmienia właśnie orientacji na kraftoseksualną. W przypadku piwnych degustacji złoty środek nie jest stanem „najbardziej pośrodku”. Powiedziałbym, że leży bliżej walenia Specka pod Netflixa.

Niech dobre piwo będzie powodem do spotkania, a nie jego centralną, czczoną częścią.

Wyskakiwanie od razu z piwami za gruby hajs

Kiedy Twój kolega robi oczy na porter wart godzinę jego pracy w sektorze IT, to nie wyskakuj z tekstem:

„Toooooo jest chłopie jeszcze taniutko! Piłem niedawno salty imperial dopplebock z farfoclami zza kanapy, trawą żubrową, bawolą mozzarellą, mezcalem i orzechami z dupy piwowara, który spał przez tydzień wyłącznie na lewym boku, zakwaszony bakteriami Salmonelli (piwowar również), leżakowany najpierw w beczce po Aperolu, a następnie w koszyku z promocjami. Musiałem oddać dziewictwo analne, dwie wypłaty, zastawiłem lodówkę w lombardzie i jeszcze pocałowałem w stópkę. A to tylko za jednego łyka! Też kiedyś Cię zabiorę na taką fantastyczną degustację!”

Zapewne doskonale zdajesz sobie sprawę, że aspekt finansowy przeróżnych hobby to może nie temat tabu, ale umie nieco odstraszać. Ciekawa pasja potrafi wydrenować portfel jak Polski Ład mikroprzedsiębiorców grzejących gazem. Chociaż w sumie, jak tak teraz pomyślę, to jak ktoś wali 8-pak po pracy, to też jest jego hobby. Niezbyt ciekawe, a portfel też drenuje…

Anyway.

Szpanowanie tym, że ma się niższą ratę kredytu za trzypokojowe mieszkanie w centrum, niż w miesiącu przewala na piwo, to rozpaczliwe wołanie o atencję. Dwa, że dla kogoś, kto być może do teraz wnosi do cichaczem do pubów dwusety pigwowej Soplicy, porter w cenie tej Soplicy może być cenowym szokiem i barierą nie do przeskoczenia.

Gotuj żabę powolutku. Nie ma co pakować się w najwyższe półki. Warto poznać przecież całą drabinkę, aby docenić owoce ze szczytu drzewa. Na drogie piwo przyjdzie jeszcze czas. Albo nie przyjdzie i  znajomy spróbuje chociaż kilku fajnych krafcików, na które może sobie pozwolić bez rozpaczliwego ściskania portfela przez spodnie.

Smakowa polaryzacja

Trudno nakręcić kogoś na dobre piwo, kiedy jedyną różnicą będzie wyższa cena i niespełniona obietnica obcowania z produktem klasy premium. Dlatego unikałbym niektórych stylów, które choć proste, mogą wydawać się… nieinteresujące. Przyjdzie pora na docenienie hellesów, tripli i koźlaków, szczególnie gdy przepiją się komuś słodkie ipki w pierdyliardzie podobnych puszek, chmielone na ten sam efekt.

Z drugiej strony, jak podstawisz komuś pod nos czystego lambika, torfowego RIS-a albo jakiegoś wymrażanego quadrupla leżakowanego w agresywnie taninowej beczce, to powodzenia, że jutro się do Ciebie odezwie i zaproponuje powtórkę jazdy na jego koszt.

To tak nie działa. Z niczym.

Wyobraź sobie, że lubisz napić się Bulgariusa, Fresco, Kadarki, w porywach do Sophii. Twoja koleżanka obraca się w temacie dobrych win i zaprasza na wspólne oglądanie kolekcji korków w jej sypialni, połączone z degustacją czegoś ciekawszego. Odpala wytrawne i przytłaczające dla Ciebie Primitivo. Potem następne, czerwone wytrawne i tak katuje Twoje kubki smakowe, wychowane na Fresco Frizzante albo słodkim Ciociosanie. Koniec końców myślisz sobie, że te drogie wina są obrzydliwe, cierpkie i jeszcze usta masz czerwone jakbyś rzygał Amareną przed namiotem w majówkę.

Chcesz zaciekawić? Nie zanudzaj czymś zbliżonym do tego, co kompan od butelki już zna i nie przeginaj w drugą stronę, bo się spłoszy.

Zarzucanie zbędnymi informacjami i przeładowanie wiedzą

Kiedy chcę napić się dobrego rumu — a ostatnio mam malutką fazkę na takie klimaty — to nie łapię za wszystkie blogi i książki dostępne na rynku. Nawet nie wiem, czy są książki poświęcone temu alkoholowi. Rumratings mi w zupełności wystarczy, planuję też wyjście do poleconej mi knajpy, gdzie można rumów trochę popróbować i barmani odróżniają Karaiby od Trynidadu. Wejście w nowy świat nie powinno być (moim zdaniem) skokiem na głęboki snifter. W ciągu roku browary wypuszczają tyle piwa, że chyba nigdy go nie zabraknie. Mamy czas, aby przedzierać się przez gąszcz butelek i puszek.

Cała frajda polega na powolnym odkrywaniu. Na tych wszystkich okrzykach „masło!”, „tonka!”, „bretty!”, „kumam, skąd ten zapach!” czy „skąd tu melon, jak to weizen?!”. Cała wiedza, choćby skondensowana do jednej wieczornej popijawy, jest niemożliwa do utrwalenia, zastosowania i — w tej krótkiej perspektywie — nie ma zupełnie znaczenia dla obcowania z novum.

Dobrze jest usłyszeć o piwie, procesie jego produkcji, móc porównać je z czymś sobie znanym. Sądzisz, że nie można się obejść bez informacji o biotransformacji pijąc neipkę? Czy doświadczenie jest niekompletne, jeżeli nie uświadomisz przyjaciela, czym różni się w detalu pils niemiecki od czeskiego? Powiem więcej. Prawdopodobnie gówno go to obchodzi; nie ma to dla jego doświadczenia i postrzegania większego znaczenia.

Mam takie podejście, że poznawanie nowości powinno następować przez „zabawę”. Trochę jak z małym dzieckiem. Trudno zainteresować kilkulatka gramatyką języka polskiego, ale już wrzucanie literek poprzez dopasowywanie ich kształtów do zabawkowej kuli to szansa na interakcję i naukę. Podczas degustacji unikam rozwleczonych monologów, bo sam nie lubię wysłuchiwać 15-minutowych kazań o piwie, które za chwile zostanie zapomniane przez rynek, scenę, a przede wszystkim przeze mnie.

Lubię jednak ciekawostki, smaczki, a w przypadku nowych rzeczy: informacje ogólne, proste zestawienia i historyjki (stąd marketing alkoholi mainstreamowych). Wiedza o procesie zacierania tego konkretnego porteru bałtyckiego, sposobie na dodanie kokosa i pulpy z mango, typie drożdży i ich konkretnym wpływie na to piwo na stole, nie interesuje nowicjusza.

Nowicjusz chce ciekawych informacji z prostej formie, fajnego piwka i dobrze się bawić. Gdyby chciał posłuchać słodkiego pierdzenia, odpaliłby sobie TVP, kiedy mówią o Morawieckim.

 

8 Komentarzy

  1. Co to znaczy, że dewiza „primum non nocere” została mocno zadeptana? Kto ją zadeptał, lekarze? Bo to do medyków bezpośrednio odnosi się ta sentencja.

  2. Fajny post. Bardzo mądre przemyślenia. Uważam, że należy szanować nowicjuszy.

  3. A ja lubię sobie czasami pomeandrować.

  4. Doskonały tekst. Gratuluję stylu, dystansu i poczucia humoru. Uśmiałem się do puku zarówno wyobrażając sobie niektóre abstrakcyjne sytuacje jak i wspominając identyczne, własne doświadczenia. Choć sam piję ipki od pierwszego Ataku, warzę i promuję dobre piwa to mam jednego przyjaciela, który nie lubi „tych nowości” (ciekawe ile lat musi minąć zanim Ale przestanie być w Polsce „nowością”?) i zawsze wybiera Pilsa. Podejrzewam, że ktoś go kiedyś przyatakował jednym z wymienionych scenariuszy i zraził go na resztę życia. Wierzę mocno, że nie byłem to ja!

  5. Wszystko fajnie i w większości z dobrym wyczuciem ale PO CO TE WULGARYZMY ? Czy świat wzorem Gessler zszedł już na takie psy, że tylko wulgaryzmami można przyciągnąć publikę ?

  6. Temat kompletnie mnie nie interesuje, ale proszę Pana jak Pan pięknie i ciekawie pisze. Nawet nie wiem czemu wszedłem w link a przeczytałem całość. Ma Pan super styl, proszę pisać dalej. Pozdrawiam Dominik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.