To miał być tekst o tym, jak zachowywać się przed półką z piwami…

Aby nie wyjść na piwną łajzę, poruszyliśmy już temat degustacji piwa. Tych z Was, którzy nie mieli przyjemności się z nim zapoznać – odsyłam TUTAJ. Zapomnieliśmy natomiast omówić podstaw, czyli tego, w jaki sposób zachowywać się w sklepie z piwem. Nie ważne, czy jest to osiedlowy warzywniak u Pani Izy, hipermarket w Opolu czy specjalistyczny sklep w piwnicy bloku mieszkalnego, gdzie wstęp mają tylko prawdziwe piwne świry. Musisz wiedzieć jak się zachować.

Tak, wiem. Tekstu o piwnym savoir-vivre nie przebiję. Zresztą spójrzcie na tytuł…

Odświętne odzienie to sfrajerzanie się na całego. Chcesz udowodnić swoją postawą, że kupno dobrego piwa to dla Ciebie wielkie wydarzenie!? Po piwo idzie się w polskim stroju narodowym! Białe skarpetki z rynku, klapki Kubota, spodenki (też z rynku) i koszulka poplamiona sosem pomidorowym z puszki szprotów. Kupno dobrego piwa to dla Ciebie przecież rzecz codzienna. Musisz emanować pewnością siebie, mówić światu: „Aaa… idę sobie strzelić Sorachi Ace za 120 złotych do kolacji…”. To przecież casualowy zakup, niczym wyskoczenie do piekarni po chleb.

Kiedy już dotrzesz do sklepu z trunkami, możesz odsapnąć na moment. Otrzyj pot z czoła, by po chwili spiąć poślady i przygotować się mentalnie do majestatycznego zetknięcia z alejką rozpusty i dewiacji. Te wszystkie BrewDogi, FlyingDogi, Chimaye, Dark Horse’y, Mikkellery. Na myśl o nich robi Ci się ciepło na sercu, umyśle, i w majtkach, na które rozlałeś wczoraj nieco duńskiego barley wine, siedząc w fotelu i oglądając Świat Według Kiepskich. Swój krok kierujesz ku półce z piwami. Kolana się pod Tobą uginają, ale nie dajesz tego po sobie poznać. Niczym strach na wróble w kaszubskim ogródku sołtysa – spięty, drętwy i brzydki – kołyszesz się, szturchany przez matki z dziećmi, biegnące po karkówkę z promocji.

Dotarłeś. A przy okazji doszedłeś.

Blask bijący z górnej półki jest wręcz oślepiający. W świetle marketowych jarzeniówek, butelki z najwyższej półki stają w poświacie. Chcesz paść na kolana, całować uwaloną błotem posadzkę. Z rękoma wyciągniętymi ku niebu, znajdując się niemalże w spirytystycznym transie, szepczesz do siebie sprośne rzeczy, które chciałbyś zrobić butelce najnowszego IPA z browaru pod Wiedniem.

Jest! Tak! Na górnej półce! Nowy, owsiano-mleczno-orzechowo-malinowy australian weizenbock na drożdżach z brody tadżykistańskiego pasterza owiec kaukaskich! Musisz go mieć! IPA przestaje Cię interesować. Namiot na trzy osoby rozstawiony, co zauważa przechodząca obok kasjerka i dwóch Świadków Jehowy. Kasjerka waha się, czy wołać ochronę.

man

Twoja mina, przed półką z piwem.

Masz dylemat. Żona od miesiąca błaga Cię o nowe buty. Olej ją. Piwo jest ważniejsze. Nigdy nie powinieneś stawać przed tak błahym dylematem. Jeśli będzie się sprzeciwiać, wstań od obiadu i zaskocz ją formułką: „Nie wspierasz moich pasji! Obiecałaś! Obiecałaś!”, przy czym jebnij minę smutniejszą od widoku ciężarówki wypełnionej polskim craftem, rozbijającej się o drzewo. Żona ma poczuć się źle ze sobą i pozwolić Ci przewalać dalej wypłaty oraz rentę teścia na kilka piw w miesiącu.

Jutro na obiad znów rosół z kostki. I barrel aged oatmeal stout. Buty niech pożyczy od koleżanki.

Zetknięcie z tak przytłaczającą ilością piwa, dla przeciętnego człowieczka jest dużym szokiem poznawczym. Dla Ciebie to jak stanie w kolejce po ser w plasterkach. Wszystko już wypiłeś, wszystko zdegustowałeś, opisałeś w swoim notatniczku i wrzuciłeś na bloga, okraszone fotką tak brzydką, że Twój kot ucieka Ci z kolan, ilekroć blog załaduje się w przeglądarce. Przychodzisz tutaj tylko po to, co najlepsze. Jednocześnie z wyższością godną nadczłowieka spoglądasz na te wszystkie licealistki, lubujące się w wytworach szarlatanów takich jak Dionizos, Łebski czy Krajan.

Tfu. Ilekroć jakiś brodaty hipster sięga po Atak Chmielu, spluwasz na podłogę. Tfu! „Ciemna masa, ślepo podążająca za opóźnionymi trendami z zachodu” – myślisz. Tobie nie w głowie polski craft. Im piwo droższe i bardziej popieprzone, tym lepiej. Jesteś w stanie spędzić przed półką kilka godzin, nim wybierzesz to jedyne, niepowtarzalne. Dotykasz etykiet, czasem ukradkiem poliżesz kapsel, wyobrażając sobie smak zawartości butelki. Wielokrotnie kładziesz piwo w koszyku, tylko po to, aby je później z niego wyjąć, odłożyć na półkę i wybrać coś innego.

beer-shop

Tutaj spędzasz wakacje. Fot. Bob Mical (CC)

Kiedyś ukryłeś się przed ochroną na dziale z jogurtami. Po zamknięciu sklepu wcisnąłeś się na półkę ze szwedzkim i norweskim craftem. Otoczony butelkami, spałeś jak dziecko do rana. Śniłeś o wielkim basenie, wypełnionym niemieckimi odmianami chmielu. Pływałeś w nim kompletnie nago, próbując złapać głównego piwowara za stopę. To pewnie jakaś alegoria. Ty chory zboczeńcu.

Kiedy już zdecydujesz się kupić to jedno, jedyne, niepowtarzalne piwo, z pietyzmem (pionowo!) wstawiasz je do koszyka. Obok margaryny i paluszków rybnych będzie mu dobrze, a przy okazji nieco się schłodzi. Jeszcze ostatnie spojrzenie na półkę z piwem. Być może kątem oka dostrzeżesz na niej coś, czego przedtem nie zauważyłeś. Jakiś frajer obok Ciebie kupuje czeskie lagery. Wyjaśniłbyś mu, że jest totalnym idiotą i powinien się powiesić. Gdyby to było w internecie, oczywiście. Masz nadzieję, że spotkasz go w komentarzach na swoim blogu i pociśniesz jak świnię.

Wychodząc z piwnej alejki, wybudzając się z piwnej Nirwany, odruchowo chwytasz jeszcze czteropak Lecha Mocnego. Przecież i tak nikt nie zauważy, a do rosołku będzie jak znalazł. Przy kasie dzielisz artykuły na dwie części. Twój nowy nabytek kasowany będzie jako pierwszy. Paluszki rybne, margaryna i czteropak jako drugie. W momencie, gdy kasjerka zacznie kasować czteropak, skrzyw się i rzuć niechętnie: „Kumpel pije jakieś szczochy…”. Poproś jeszcze o nieprzeźroczystą reklamówkę, aby nikt z osiedla nie widział, jak splamiłeś swój honor.

Teraz możesz wrócić do domu, zmordowany dzisiejszą misją. Tylko pamiętaj, aby zmienić bieliznę. Czteropaczek już się chłodzi…

  •  
  •  
  •  
  •  

7 Comments

  1. Z wypadów do sklepów można się śmiać, ale ja mam z tym coraz większy problem. W zwykłych marketach mam coraz mniej nowości do wyboru, bo wszystko już piłem, a w sklepach specjalistycznych jest za to wszystkiego tak dużo, że nie wiem co wybierać. I bądź tu człowieku mądry :D

    • Jesli niedawno rozpoczałeś przygode z prawdziwym piwem to masz przeje**** bo naprawde jest w czym wybierac :)

      Ja tam problemu z tym nie mam :) Jeśli mowa o sklepach specjalistycznych…. wszelkie piwa mocno chmielone mnie już nie interesują :D brewdog mnie nie zachwyca, mikkeller podobnie :) Piwa belgijskie owszem super, ale też nie wszystko (głównie RISy i lambiki- ale ten temat już mam tak oklepany że w Polsce nie mam czego kupować praktycznie). Piwa z USA odpadają na starcie- nie ciągnie mnie do nich kompletnie :) Jeśli mam coś kupować to na leżakowanie :) jakieś risy własnie czy portery :) a jak mam chęć to sięgam do szafki bo zapasy spore :) lub podejde do sklepu po sprawdzonego weizena z niemiec :)

      • gościu za mało uśmieszków daleś w komenatrzu, żeby podkreślic jak zajeibistym znawcą piwa jesteś

  2. Dzięki temu blogowi posmakowałem trochę piw 'z wyższej półki' – właśnie kończę apetyt na życie – nie powiem, świetny. Byly piwa które mi podchodziły(większość Pinty), jak i piwa, które wylałem (Gdańskie czy American IPA z podróży Kormorana), ale ogólnie chyba zostanę przy Ciechanie zielonym(nieutrwalone czy jakoś tak) i Perle Niepast, najbardziej mi smakują, mimo wszystko. Z niższej półki Harde od Ambera jest całkiem znośne. Dzięki za lekcję!

  3. piwożłopJacek

    10 Wrz 2014 at 19:39

    No fajnie się wszystko zgadza, tylko nie lubię szprotów i barleywine ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *