Nie chciałbym znów jarać się Raciborskim. Wy chyba też nie?

Piwna rewolucja w Polsce zaczęła się od małych i pierwszych. Od małych sklepów, małych browarów i małych hurtowni. Od pierwszych multitapów, pierwszych festiwali, pierwszych blogerów i youtuberów. Smutno byłoby, gdyby ta rozhulana machina — nawet ze wszelkimi jej przywarami i problemami — miała nagle się zatrzymać lub nawet cofnąć. Od dawna widać było tęsknotę do tego, co piwnie bezpowrotne. Mamy to w genach. Kiedyś było przecież lepiej, a Żywiec miał mocarną goryczkę luzującą śruby.

No i trochę wykrakaliśmy. Narzekaliśmy, że mało goryczki, że klasyki też za mało i te wojenki niepotrzebne, bo weszła kasa, a za nią karczemne szarpaniny i chichy wpierdziel za stoiskiem. Tymczasem polskie piwowarstwo rzemieślnicze, na które tak chuchaliśmy gdy się rozkręcało, nagle może nam umrzeć na koronawirusa i będziemy wspominać te czasy z rozrzewnieniem.

Polska scena piwna jest na pewno jedną z najbardziej różnorodnych. Już nawet nie mówiąc o pomysłach na piwa i inicjatywy. Wojenki, memy, slang, mody, znane mordy, dramy, hejty, oklaski, szacunki i szkalunki. Czy gdzieś indziej na świecie istnieje druga tak zintegrowana rzesza osób, które biorą realny udział w kształtowaniu sceny kraftowej? Mamy ogromną, rozwiniętą, dość profesjonalną blogosferę. Prelegentów-fascynatów na festiwalach, ludzi internetu powciąganych do browarów, zaangażowane grupy w mediach społecznościowych, oddolne inicjatywy i stowarzyszenia.

Piwem interesują się także osoby spoza „światka”. Do większości społeczeństwa dawno temu dotarły zwroty „kraft”, „piwo rzemieślnicze”, „IPA”, „multitap” czy „eurolager”.

Scena kraftowa rosła przez 8 lat, a wraz z nią rozpędzała się piwna rewolucja w Polsce. Gdzieś po drodze wieszczono jej upadek, potem miała zjadać własny ogon wraz z rodzonymi dziećmi. Nic takiego nie nastąpiło – wręcz przeciwnie. O tako scenę walczyliśmy. Wielu ludzi spełniło swoje marzenia, różnorodność piw na półkach przyprawia o dreszcze i zawrót głowy jak po bombie Rompera z setką. Udało się wyedukować procent społeczeństwa, przesunąć gusta w kierunku jakości, a nie masówki. To zaowocowało tym, co nazywamy dziś slow food. Zwracaniem uwagi na smak i aromat — nie tylko piwa, ale również kawy czy jedzenia.

W pierwszych latach rewolucji widać było nacisk na to, aby wspierać każdą piwną i okołopiwną inicjatywę. Dzięki temu doczekiwaliśmy kolejnych kamieni milowych. Pierwszych imperial stoutów, trylion IBU, beczek, wymrażanek i wędzonych śledzi. Potem to wsparcie zapewniał każdy, kto pił dobre piwo, odwiedzał piwne przybytki, gromadził się na festiwalach i promował tę kulturę. W ciągu 8 lat udało się rozwinąć — choć niektórzy powiedzą, że również nieco „rozdmuchać” — piwną scenę.

Niestety, znalazła się ona w punkcie zwrotnym. Na pewno nie będzie już taka jak dawniej. Nawet jeśli przymusowa kwarantanna potrwa tylko miesiąc, niektórzy się z tego nie dźwigną. Zadziała system naczyń połączonych. Zmienią się ceny, spadnie zaufanie, wzrośnie ryzyko, że sytuacja się powtórzy na jesieni czy za rok. W perspektywie dłuższego zastoju wiele browarów i pubów nie otworzy się na nowo po zakończonej kwarantannie. Z Twojej okolicy może zniknąć Twój ulubiony sklep lub pub. Piwa z ulubionego browaru być może już nie uświadczysz i zatęsknisz za nim jak za Lechem Porter.

Poważnie, było takie piwo.

Rozegrają się osobiste dramaty. Już się rozgrywają. Browar Spółdzielczy ma piwo liczone w setkach litrów do zutylizowania. Gdańska Pułapka napisała wprost: „Conajmniej na kilkanaście dni straciliśmy jedyne źródło naszego dochodu”. W związku z tym sprzedaje „cegiełki”, a piwa w beczkach oddaje sklepom, które mogą nalać je w plastikowe butelki. Inaczej piwo się zmarnuje, a faktury przecież trzeba opłacić. Podobne akcje trwają w całej Polsce. Oddolnie. Czy uda się sprzedać całe zalegające piwo? Oczywiście, że nie. Tu chodzi o minimalizowanie strat. Każdy multitap, hurtownik, dostawca surowców i mały browar walczy w tym momencie o życie.

W tym trudnym czasie powinniśmy wrócić do korzeni piwnej rewolucji w Polsce. Jak powiedział dziś Tomek Kopyra, dużym graczom nie drgnie nawet powieka. Co najsmutniejsze, najbardziej oberwą najmniejsi. Oni nie mają kapitału, często nie mają poduszek finansowych i są na granicy wypłacalności. To im jako piwna społeczność musimy pomóc, choćby dlatego, że walczyliśmy o różnorodność i dostępność.

Jak pomóc, zapytacie? Wystarczy, że przez ten trudny okres i jakiś czas po nim:

  • Przestaniemy zaopatrywać się w piwa rzemieślnicze w dużych sieciach (a jeśli już, to nabywajmy tam wyłącznie krafty); kupujemy piwa wyłącznie w sklepach specjalistycznych lub pubach, które oferują sprzedaż na wynos w tym okresie. Niektóre sklepy specjalistyczne oferują teraz dostawę. W niektórych miastach działa także Glovo, więc kurier może zrobić zakupy dla Was. Z tego linka dostaniecie 15 ziko na zakupy (ja również, żeby nie było). Wyślijcie kuriera po dobre piwo.
  • Postaramy się pić wyłącznie piwa z małych browarów (browary regionalne zapewne sobie poradzą, a na pewno są na lepszej pozycji). Koncerny idą zupełnie w odstawkę. Porter z Żywca czy Koźlak z Perły również. Jeszcze się ich opijemy.
  • Jeśli jakiś pub jest bliski naszemu sercu, sprawdzimy, czy nie oddali beczek z piwem do sklepu, który leje je w plastik. I kupimy choć jedną butelkę.
  • Postaramy się kupywać większe ilości piwa na raz, niektóre mogą przecież leżakować i nic im nie będzie. Sporo mocnych piw „pod datę” można teraz kupić w promocji. Dziś trafiłem na porter z wanilią z Bytowa za 7 złotych.
  • Browar działa w pobliżu? Podjedziemy do niego i zrobimy zakupy czy u nich, czy w sklepiku przybrowarnym. Kilka browarów otworzyło się na sprzedaż na miejscu właśnie z racji kwarantanny społeczeństwa.
  • Wesprzemy jak tylko możemy piwną scenę w tych trudnych chwilach. Postarajmy się chwalić i motywować, zamiast narzekać. Czasami wystarczy dobre słowo, kupno gadżetu czy cegiełki.

Scena piwna dostanie mocno po tyłku. To pewne jak fakt, że wielu z nas złapie w końcu wirusa. Tak jak obowiązująca kwarantanna ma za zadanie minimalizować straty i nie dopuścić do wariantu włoskiego, tak celem naszego wsparcia jest zredukowanie negatywnego wpływu pandemii na to, co nazywamy „sceną kraftową”.

Nie chcemy się przecież cofnąć do ciemnych wieków sprzed rewolucji. Nie chciałbym znów jarać się Raciborskim. Wybierać między Lwówkiem a Ciechanem. Zadbajmy o to, co razem przez te lata tworzyliśmy. Inaczej zostanie nam odbudowa ze zgliszczy i wspomnienia o Milkshake IPA, które wyniesiemy do rangi nektaru Bogów.

  •  
  •  
  •  
  •  

9 komentarzy

  1. Po przeczytaniu tytuły (całkowicie w oderwaniu od treści tekstu i jego przesłania) łezka mi się w oku zakręciła. Wróciło wspomnienie pięknych czasów… Kiedyś to naprawdę było „rigczowe” piwo pite od święta… Dobra, Raciborskie Rżnięte to po kwarantannie, a teraz lecę po jakąś Radugę albo Golema.
    LONG LIVE PIWNA REWOLUCJA!!!

  2. Ja tam wciąż uwielbiam Jankesa z Lwówka.

  3. Ja natomiast przez kilka lat piłem z Lidla Perlenbacher ale od paru miesięcy to zrobiły się pomyje. Długo szukałem innego piwa było do re Czeskie, ale jak zaczęli je robić w naszym kraju to niestety siki. Znalazłem wreszcie Staropramen. Uważam że w tej cenie niema ono konkurencji na polskim rynku.

  4. Max (nie K.)

    19 Mar 2020 at 21:54

    Słusznie prawisz!
    Miejmy nadzieję, że ten apel choć trochę pozwoli zminimalizować skutki pandemii dla branży.

    PS. Popraw tylko Łukaszu interpunkcję i gramatykę w postach. Błędy gryzą jak nadmiar garbników na finiszu.

  5. Czyli Grodziska White IPA ze znanej sieci sprzedaży (z zielonym płazem w logo;) odpada? Fakt, że glovo to jakaś opcja, dzięki za podsunięcie tego pomysłu :)

  6. Hmm a może to właśnie bedzie odsianie ziaren od plew? Teraz dopiero okaże się kto jest prawdziwym beergekiem i zacznie warzyć samemu w domu a sklepy dla piwowarów zgarną większą część tortu? Po np. ataku chmielu pozostał tylko cień. Może czas wrócić do jakości a nie reklamowania się w gazetkach sklepów wielkopowierzchniowych?

Dodaj komentarz

*

© 2013-2020 Piwolucja.pl

Theme by Anders NorenUp ↑