Obejrzałem niedawno cały najnowszy odcinek podcastu Podsiadło & Kotarski. Panowie rozmawiają między innymi o piwach kraftowych. Formuła mi bardzo podeszła. Godzina zleciała jak zimny pilsik latem na molo w Brzeźnie. Radek zrobił Dawidowi mały test na ślepo. Wybrał trzy portery bałtyckie, więc styl trudny.

Pierwotnie, tekst ten ukazał się jako wpis na fanpage’u. Uznałem, że warto umieścić go także na blogu, w delikatnie dopracowanej formie. Raz na jakiś czas będę wrzucał tekst najpierw na Fejsa, a następnie jako wpis tutaj. Tak, aby do każdego dotarł.

Wśród porterów bałtyckich do testu znalazły się:

  1. Najwyższa półka, 100 złotych za butelkę, wyleżakowany przez 4 lata, bourbon BA, 100/100 na RateBeer. Och, ach. Prosto od Korcza.
  2. Półka średnia, porter z Warmii, można się domyślać, chociaż cena mi nie pasuje, bo 4,90 zł za butelkę to dziwnie tanio.
  3. Porter, który został określony przez Radka mianem „najgorszego piwa pitego w tym roku”. Chociaż droższy od powyższego. Czyli popłuczyny z beczki po Gulczasie. Było kiedyś takie piwo, powaga xD

Dawid Podsiało (pozwoli pan, że teraz odtąd po imieniu), jako osoba niezaznajomiona mocno z kraftem, miał zadanie przypisać każdą z próbek do odpowiedniego opisu powyżej. Czyli skala trzy-ocenowa, nad którą myślałem kiedyś w kontekście wejścia na YouTube. Piwa: ch*jowe, dobre i wybitne.

Czy mu się udało? Jak nie chcecie spoilerów, to odpalcie sobie od około 37. minuty materiału i sprawdźcie. Od teraz operujemy na spoilerach.

No więc Dawid trafił z półką średnią. Załapaliście pewnie w lot, że pomieszał zatem półkę najniższą z najwyższą. Piwo-lura smakowało mu najbardziej, bo niby czuć, że „jest w tym coś tandetnego”, natomiast „to jest smaczne, przystępne i po dwóch takich chce mi się wymiotować […], ale jako jedno takie letnie, przekąska […] to by mi pasowało”.

Piwo najlepsze, w którym zamąciła beczka, które ma najlepsze oceny, jest skomplikowane, tęgie, wyraziste i sam Korczu je w dłoniach nawet trzymał przez chwilę, skwitował: „to jest jak wóda, nie podoba mi się to […]. Nie no, to jest niedobre. Jest w ogóle wygazowane”.

Oczywiście cały krafcik teraz nie upadnie :)

Jednak każdy z was, kto kiedykolwiek pokazał komukolwiek piwo z najwyższej półki – jeśli ten ktoś nie był na to gotowy – na pewno widział grymas na twarzy tej osoby. Nie wierzę, że każdemu, komu da się piwo klasowe, to piwo od razu zasmakuje. A być może nie zasmakuje nigdy i pokuszę się o stwierdzenie, że gros ludzi takie piwo odrzuci.

Czy trzeba do tego dorosnąć? Czy to kwestia chamskiego podniebienia i wychowania w duchu Piasta, Specjala, Bosmana czy innego Królewskiego? A może Polacy to taki naród, jak widzi go nasza władza – prosty, ordynarny, Martyniuk na dożynkach i hektolitry złocistego trunku przepijanego Żołądkową Gorzką? I nam się tylko wydaje, bo żyjemy w kraftowej bańce, że przecież jak dasz rolnikowi spod Dzierzgonia RIS-a DBA, to on padnie na kolana i już tylko to do końca swoich dni?

Myślę, że Dawid pokazał pewne zjawisko, na które każdy, kto pracuje z piwem rzemieślniczym u podstaw, powinien zwrócić uwagę. Nie od razu Rzym zbudowano. Nie każdy zachwyci się tym, co nas zachwyca. Czynników jest mnóstwo, od preferencji smakowych, po fakt, że raczej nie zasmakuje Ci „nigiri sake”, kiedy od 20 lat jedziesz na kebsie z mieszanym sosem i schabowym z tłuczonymi ziemniorami.

Czy to źle, że lubisz kebsa i schabowego? Nie, bo takie masz preferencje smakowe i nie daj sobie wmówić, że powinieneś też od razu polubić sushi, a jak nie, to jesteś gorszy. Aczkolwiek warto być otwartym i próbować, bo inaczej jest się ignorantem z wąskimi horyzontami.

Druga kwestia to rzucanie się na każdego, komu krafcik nie smakuje. Każdy powinien pić to, co mu najbardziej smakuje. Przez lata nie znosiłem szpinaku, a przecież ludzie mogliby mnie przymuszać do jego jedzenia, a następnie twierdzenia, że „nie no, jest super”, kiedy rzygi podczas przeżuwania wypływałyby mi nosem. Przecież najważniejsze, aby mi to smakowało, a nie innym. Nie ważne, że ktoś ciamka lambika za 500 ziko, bo kiedy Tobie wykręca od niego mordę, nie liczy się opinia tej drugiej strony czy ogółu, tylko Twój komfort i to, czy sprawia Ci to przyjemność.

Nam się czasem wydaje, że jak wparujemy na Wielkanoc z naręczem porterów bałtyckich, risów, grodziskiego i peated pilsów, to nasza rodzina i przyjaciele drżącymi rękoma będą otwierać każde kolejne piwo. A potem nie zapomną tego do końca swoich dni. Problem w tym, że mogą tego nie zapomnieć, bo przypomni im się, jak ledwo dopili kieliszek. I potem te podśmiechujki, kiedy ten, kto zaproponował takie piwa, pogardliwie kwituje: „no tak, niech wracają do swoich sików”.

Tylko nikt nie myśli „no tak, niech wraca do swojego schabowego”, kiedy 80-letniej babci nie smakuje surowa ryba zawinięta w algi. Nikt gardzi, nie wywyższa się i nie uznaje się wtedy za konesera. Po prostu nie każdemu smakuje to, co nam; być może tej osobie to nigdy nie zasmakuje.

Więc nawet jak postawicie butelkę piwa za kafla na stole i choćby zdobyła sto medali, a ludzie stali w kolejce przez weekend, aby ją zdobyć, to absolutnie – w kontekście ogółu pijących piwo – nic nie znaczy. Bo koniec końców liczy się tylko jedna rzecz.

Czy komuś to piwo subiektywnie smakuje.
  •  
  •  
  •  
  •