To piwo „to je*ana legenda”. Pliny the Elder z Russian River Brewing.

„Ej, bo nie kumam. Wydajesz hajsy na jakieś gówniane ruskoje sikoje inne pseudokraftowe dziwolągi, które wylewasz do kranu, a nie chcesz kupić piwa, które jest praktycznie nie do kupienia w całej Europie, a nawet w Stanach trzeba specjalnie jechać do browaru i stać w kolejce, żeby je dostać?”. To mi Bartek Nowak pocisnął. Po tym, jak zapytałem barda piwnej blogosfery, czy warto wysupłać trochę grosza na legendarnego Pliny’ego, prawie wpuścił mi spierdol przez Messengera. Nie było innej rady, myśli kawalkady i po 10 minutach zaklepałem butelkę w zaprzyjaźnionym sklepie rzut waflem od domu.

Nie jestem blogerem, który ślini się do każdej legendy. Moja wishlista obrasta w pozycje, których dorwanie w kraju madek graniczy z cudem porównywalnym z otrzymywaniem przyzwoitej emerytury. Nie ganiam jednak za nimi z wywieszonym jęzorem. Toteż kiedy inni dotykają się do turboklasyków, moje rączki spoczywają w spokoju na kołderce.

Poniekąd jest to spowodowane tym, że legendarne piwa, owszem, gniotły niegdyś synapsy w moździerzu, ale… kilka czy kilkanaście lat temu. Przykład takiego piwa to Alaskan Smoked Porter, o którym wyśpiewywano mi niemalże pieśni pochwalne. A wyszło tak:

Alaskan Smoked Porter 2013 Recenzja

„W smaku prezentuje po prostu wysoki poziom. Czy warto wydawać tyle kasy na smaczny porter? Moim zdaniem nie warto, ale ja strasznie chciałem alaskańca zaliczyć. Zaliczyłem, ale rano po cichu się zwinąłem i nawet nie zostawiłem kontaktu”.

Druga kwestia — szanuję swoje pieniądze. I tu Bartek uderzył pod odpowiednim kątem. Zdarza mi się wydawać kilka zeta na piwa, co do których jestem niemalże pewien, że ich rezerwuarem jest sieć wodociągowa Saur Neptun Gdańsk lub wysypisko na Szadółkach. Świadomie biczuję się pejczem z kupy i rzemyków, płacąc za to co prawda niewielkie kwoty, jednak w perspektywie czasu będą to sumy, za które można kupić płyn wprowadzający w błogostan. I nie mówię ani o wódce, ani o dynksie.

Pliny the Elder warto też po prostu zaliczyć, aby mieć własną opinię i temat do dyskusji. Zawsze można wtedy wpaść do pubu i zagadać przypadkową beergeeczkę tekstem: „Witam. Piłem Pliny’ego. A Ty co? Dalej karmelowe IPKi od naszych, he he, browarów? Pozwól, że przedstawię Ci prawdziwy świat”. Po czym przez pół godziny ściskać mocno niemalże pusty portfel i liczyć na darmowe piwo od barmana (jeśli blogujesz) lub sączyć małe pilsiwko przez 3 godziny (jeśli masz tylko Instagrama).

Skąd ta legendarność piwa od Russian River Brewing?

Pliny okupuje TOP2 w kategorii Imperial India Pale Ale na Ratebeer. Prześciga go… Pliny the Younger — wersja o wiele mocniejsza. Nie więc dziwnego, że każdy chce spróbować topowych piw, szczególnie w tak znamienitym stylu. Na Untappd Pliny szaleje z oceną 4,52 i podejrzewam, że z nim jest trochę tak, jak z niektórymi super drogimi dobrami. Wiele osób zachwyca się, bo tak należy i fajnie się takim piwem podniecać. Myślę, że legendarność podnosi mu ocenę. Ale to za chwilę sprawdzimy. Tak, jestem krytyczny.

Druga kwestia to dostępność. Tego piwa nie idzie dorwać w regularnej dystrybucji nie tylko w Polsce. Jest właściwie nieuchwytne w całej Europie. Przesłałem zdjęcie butelki do mojego holenderskiego beermate’a, a on nie dość, że dostał gorączkę z podniecenia, to stwierdził również, że w kraju piguł i hardstyle’u nigdy tego piwa nie uświadczył. Pozostaje więc ono w sferze mokrych snów sceny piwnej.

Dochodzą do tego historie o kolejkach ustawiających się do browaru. Poniżej zdjęcia z dość znanego dokumentu „PLINY: Documentary” z 2013 roku oraz randomowego „A day at Russian River Brewery”.

Są kolejki? No są.

Czy konkretnie po to piwo? Być może.

Psychologiczny efekt jednak to daje. Coś jak reglamentacja Imperium Prunum. Nie ważne, za czym kolejka stoi. Ważne, że stoi :)

Recenzja Pliny the Elder

Zacznijmy od ceny. Ponad 40 złotych za butelkę 0,5 l. Płacąc za to piwo, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że część jego wartości to otoczka. Nie jest to cena zaporowa, chociaż większość z Was przyzna mi pewnie rację — dość wysoka. Trafiła mi się butelka ze świeżutkiego rozlewu 12/19/19, co napawało nadzieją niczym zarzuty dla „doktora” Zięby.

Nawet przyjemne to uczucie, kiedy raz na jakiś czas płacisz niekoniecznie za zawartość, lecz za to, co powoduje, że ludzie chcą daną rzecz posiadać. Trochę jak z markowymi ubraniami, akcesoriami do parzenia kawy, puszeczkami z karmą dla pupili i wegańskim jedzeniem.

Żartuję. Za jedną z powyższych rzeczy nigdy nie warto płacić.


Degustowana legenda jest jaśniutka niczym rasowy pilsik. Dwa tony niżej niż na zdjęciu — bardziej w odcień żółty. Wśród piw z polskich browarów barwa właściwie nie do uświadczenia. Rodzime imperialne IPA to przeważnie kolor od herbacianego, do mahoniowego. Napawało mnie to nadzieją, że piwo będzie bardziej w typie czegoś, co w kraju kwitnącej cebuli rzadko kiedy dobrze wychodzi. Zgadza się, West Coast IPA. Później doczytałem, że Pliny to właśnie ten wariant.

Chmiele użyte do warzenia Pliny the Elder to: Amarillo, Centennial, CTZ (Columbus-Tomahawk-Zeus) oraz Simcoe.

Butelkę wyciągnąłem z lodówki i chwilę później płyn ląduje w szkle. Zapach bezbłędny już na zimno. Oszałamiająco lotny, owocowy, z elementami ziołowymi i nutą kwiatową, która skojarzyła mi się z Maciejką. Ma w sobie taki melancholijny element, nie wiem, czy umiem to dobrze wyrazić słowami. Zgaduję, że jest to zasługa pałętającej się nutki przywodzącej na myśl Amaretto z owocowym elementem. Wśród owoców tropiki, z dominującym ananasem.

Piękne piwo. Już po łyku wiedziałem, że wystawię mu wysoką notę.

Zero karmelu, co właściwie zwiastowała barwa. Wytrawne, soczyste, ale nie „soczkowate”. Sporo nut kwiatowych, garść cytrusów (tropików jakby mniej), do tego posmaki iglaków, nawet nieco gałązkowe. Goryczka objawia się pod postacią ziołowo-żywiczną i po chwili ustępuje długiemu finiszowi bardziej w typie gorzkiego zestu z cytrusów. Jedyna bruzda na całokształcie to nieznacznie rozgrzewający charakter tego piwa. Alkohol nie jest wyczuwalny, jednak w przełyku robi się ciepło. Choć w sumie nawet mi to pasowało.

Warto pochylić się nad elementem, który zdefiniowałem jako Amaretto, a moja dziewczyna określiła go mianem „coś jak kibel, ale nie taki, jak się zdarza”. Ile osób, tyle deskryptorów. Po długim namyśle, trylionie wdechów, niuchów, mlasknięć i minutach spędzonych na szperaniu w zakamarkach umysłu, doszedłem do wniosku, że… Bojan Strażackie charakteryzowała podobna nutka. Koci mocz to nie jest. Najbliżej temu do miksu migdałów i zgniecionych w dłoniach liści. Niektórzy zdefiniują ten element jako „czarna porzeczka”. Mnie przypasowało. Podobnego zapachu nie uświadczyłem już dawno, a kojarzę, że miewałem z nim niegdyś styczność.

Cieszę się, że kupiłem to piwo

Czy cena jest adekwatna? Myślę, że jest.

Butelka nie spocznie na specjalnym ołtarzyku, choć kilka lat temu Pliny mógł rzucać na kolana. To piwo przemyślane, w którym każdy element jest świetnie spasowany. Czuć w nim dbałość o szczegóły. Żadna składowa nie wyprzedza innej, a każdy aromat i smak wybrzmiewa odpowiednio długo.

Czuję się w pełni usatysfakcjonowany. Tym razem sława nie przerosła zawartości.

  •  
  •  
  •  
  •  

1 komentarz

  1. Panie Drogi, skąd można zamówić to piwo ? D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2020 Piwolucja.pl

Theme by Anders Noren