Sommelierzy udają, że ich nie widzą. Reszta ludzkości pije z pełnym przekonaniem, oblizując ze smakiem rdzawego wąsa. Częstokroć wzgardzane, gdyż boimy się tego, co nieznane. Niesłusznie. Poniższe smakołyki to nie są jakieś tam „budżetowe propozycje”. To butle z duszą, które mają więcej charakteru niż połowa kraftowych wynalazków. Dajemy nura w świat win, których degustacja odbywa się na skarpie w lesie. Gdzie korkociąg zastępują ukruszone już dwójki, a opinia eksperta nie znaczy nic, bo po kilku łykach każdy staje się ekspertem. Każdy z tych rarytasów ma swoją osobowość. Każda impreza z ich udziałem kończy się pytaniem: „dlaczego ja to sobie robię?”. Warto je poznać, bo to nie jest lista do zachwytów, tylko do wspomnień, które na długo zostają w pamięci.

MAX Mocny

Domator MAX Mocny

Z MAXem Mocnym poznaliśmy się (i pokochaliśmy) na szlaku w Sudetach Wałbrzyskich. Dwudziesty kilometr wędrówki z plecakami 65L, mały zatęchły sklepik w Sokołowsku. Ten koło skwerku. Płatność tylko gotówką i niedosłyszący właściciel, który na prośbę o najtańsze wino w repertuarze, podał mi pękatą butlę z etykietą jak z tanich fajerwerków. Myślałem, że fajerwerków nie będzie, ale degustacja w PTTK Andrzejówka szybko zweryfikowała moje obawy.

Kombucha Menela. Kolega stwierdził, że „gdyby był menelem, to by to pił”. Coś jak sfermentowane Nestea Brzoskwiniowe wymieszane z Romperem w proporcji 3:1. Nietuzinkowe, orzeźwiające. Smakowało nawet damie.

Jakby ktoś mi to sprowadził do Trójmiasta, to coś czuję, że nie mógłbym się oprzeć. Po dwóch, podpierać bym się musiał. Ale nadal nie mógłbym się oprzeć. Ma to sens?

Ważne, że MAX Mocny ma. Ambrozja.

Bieszczady. Od Pelego.

Legendarne „owocowe aromatyzowane czerwone”. Pele, czyli Pan Zdzisław Słotwiński, to legenda Bieszczad. Prowadzi nie mniej legendarny Sklep u Ździcha w Wetlinie. „Jego” wino dorwać można chociażby w Lutowiskach. Również w pojemności „na strzała”, czyli 0,33l – jak Tymbark.

Dlaczego Pan Zdzisław to legenda?

W 2020 r. ustanowił rekord Polski w żonglowaniu piłką nożną w pozycji siedzącej. Odbijał piłkę przez ponad 4 godziny. Potem ten rekord chyba pobił. Żongluje też piłką do tenisa. Jego sklepik ma genialny klimat. Nabyłem tam na przykład poniższą lnianą siatkę. Prawdziwa zdobycz, z którą w dobrym guście pokazać się na zakupach.

Jak będziecie w okolicy, to odwiedźcie Pana Ździsława i kupcie od razu ze dwie kraty. Nie będziecie żałować. Polałem Bieszczady w Wielkanoc całej rodzinie i wypili ze smakiem. I wcale nie była to Wielkanoc na działkach z bezdomnymi.

Bieszczady to topka win owocowych w Polsce. Towarzysz pieszych zimowych wędrówek (na zdjęciu poniżej: na Krzemieńcu). Stonowane, ułożone, wyraźnie owocowe, w kierunku soku wiśniowego zmieszanego z landrynkami. Kilka butelek zawsze musi gościć w barku. Jedna koniecznie odpalana na starcie corocznej zimowej wyrypy. Bieszczady zaszczyciły już swoją obecnością stację Nowa Ruda-Zdrojowisko (dokładnie o godzinie 9:36). Druga butelka, w tym roku, została odpieczętowana pod wieżą na Pańskiej Górze w Andrychowie.

Ten smak jest nie podrobienia. Najlepszy lekko po dacie (minimum 2 lata).

No chyba że dorwiecie w Dino kolejnego bohatera…

Mamrot (z Wilkowyj)

Łudząco podobny do Bieszczad. Bieszczadów?

W bezpośrednim zestawieniu do odróżnienia tylko przez wytrawnego konesera spod Żabki. Wytwórnia niby inna, receptura pewnie podobna, ilość owoców w kadzi również (garść).

Mamrot wyrasta nam na lidera wśród tanich win. Lubią go mężczyźni, lubią go kobiety. Kiedy marzyłeś o wypiciu piwa z ojcem na osiemnastkę, lepiej zrewiduj swoje plany i jebnijcie ze starym Mamrota na murku pod blokiem.

Dobry zimą, pyszny latem, niezastąpiony w koktajlu (przepijany Kozelkiem z puszki). Możesz go zabrać na randkę do lasu, możesz zaszyć się z nim nad stawem z karasiami, gdzieś na Opolszczyźnie.

Nie ocenia, dużo wybacza, niewiele kosztuje, pysznie smakuje.

Shogun zwany „Szogunkiem”

Wchodzimy w segment granatów odłamkowych, z „Generałem” i „Snajperem” na czele (wszystkie trafienia potwierdzone, każde w wątrobę). Szogun trochę łamie konwenanse, bo raz że zmieniał już kształt butelki, dwa, że poszczególne smaki wykazują faktyczne różnice. Co w przypadku takiego Snajpera nie jest takie pewne.

Ogromne brawa dla producenta za eksperymentowanie z odsłonami. Skosztować możecie bowiem Szogunka w wersji mojito, czyli limonka-mięta.

Szogunek ma wyraźny smak. Otula owockami, otula lekką goryczką, ale też potrafi – jako rzecze etykieta – ściąć błyskawicznie. Cudnie wchodzi na rozpadającym się zbutwiałym domku typu Brda, gdzieś na Kociewiu.

Pokłoń mu się i pamiętaj o tytułach grzecznościowych (Szogunek-sama), a może dociągniesz świtu.

Mocny Grzmot

Odkrycie z Andrychowa, do złapania w Sparze. Sklep elitarny, delikatesy, toteż takie delikatesy stoją (nisko) na półce. Po dobre czasem trzeba się schylić.

Grzmota dorwać można w całej palecie smaków: od maliny, przez brzoskwinię, po owoce lasu. Brzoskwiniowe jest wybitne.

O ile Amarena w tej wersji to woda z puszki brzoskwiń w syropie, o tyle Mocny Grzmot Brzoskwinkowy wędruje bardziej w klimaty Canelli Brzoskwiniowego. Bardziej świeże owoce niż zalewa. Wracają wspomnienia. Człowiek miał 16-17 lat, kupował litr Canelli, mieszał z Liftem pół na pół i miał wspaniały poncz. Do raczenia się na jakiejś górce na Kaszubach, z widokiem na zachodzące słońce nad Stryszą Budą.

Lifta już nie ma, Canelli to biały kruk. Trzeba będzie zmajstrować coś podobnego. Mój Bar już czeka na pomysły na nietuzinkowe koktajle z tym wynalazkiem.

Genialnie chodzi się po nim pod górkę, bo wydaje Ci się, że się właśnie wypłaszczyło.

Honorable mention: Mocny Patyk

Nie jest jakieś wybitne, ale może takim się stać. Pod jednym warunkiem. Że dorwiecie je w okolicach Suwalszczyzny. Na zdjęciu – na plażyczce w Wiżajnach. Wiżajny słyną z Wiżajnijskich Serów (i „nalewek”, które de facto są bimbrami). Co drugi dom oferuje takie serki (i nalewki-bimbry!).

Gdybyście byli w okolicy, już wiecie, jakie macie plany na popołudnie. Serki, „nalewki”, plażyczka. I Mocny Patyk.

Na chuj Ci Malediwy?

Honorable mention: Wszystkie w szklanej pękatej butli

Dowiedziałem się niedawno, że te winka zwane są „Wino Pocisk” lub „Napój-Nabój” Wiśniowym, ładuj!

Wspominam je tutaj, gdyż rzadko kiedy okazują się ponadprzeciętne. Smak utkwił w latach 90. niczym stoczniowiec na przystanku „Twarda” o 5:30, waląc setę do Rompera Extra Strong.

Wspominam o nich, bo do tego kształtu ma się po prostu sentyment.

Honorable Mention: Łomża Mocna-Malina

Mocne, słodkie, wyraźnie malinowe i potężnie klepie. To jest takie piwo, o którym myślisz: wypiłbym 4 na rybach i obudził po zachodzie słońca, skulony, na rozkładanym krzesełku z AliExpress. Czego chcieć więcej?