Ja to, proszę Pana, dobrym piwem się nie upijam

Pijemy dla smaku. Pijemy dla alkoholu. Pijemy, aby dodać sobie animuszu, być zabawnymi, śmiałymi i aby podbić cechy, które mogą zaniżać naszą samoocenę. Twierdzenie, że alkohol w dobrym piwie nie ma właściwości podkręcających saturację otaczającego nas świata to majaki oszołoma. Wiecie jednak, co jest najgorsze? Stawianie się w pozycji elitarnego wojownika kraftu, który dobre piwo pije wyłącznie dla smaku.

Nie mogę odnaleźć tekstu Jurka Gibadło, w którym spod jego palców wystukało się stwierdzenie, jakoby piwna rewolta w Polsce zmieniła w nas podejście do alkoholu. Pojawienie się dobrego piwa i zainteresowanie rynkiem rzemieślniczym miało pociągnąć za sobą rewolucyjną zmianę. Mieliśmy zacząć pić bardziej dla smaku, mniej dla alkoholu. Lata wlewania w siebie bimbru z krzeseł i marnej jakości piwa, jak za dotknięciem Ducha Kraftu, miały odejść w zapomnienie. Przynajmniej dla tych, którzy zdecydowali się podążać ścieżką usypaną z granulatu chmielowego.

Nie ma tygodnia, abym nie spotkał się z tezą jakiegoś nawiedzonego, ślepo zapatrzonego w kraft osobnika, twierdzącego, że on to pija tylko dobre piwa dla smaku. Picie AIP implikuje brak upojenia alkoholowego nawet po srogim balecie. W jego opinii, bycie pijanym to cecha zarezerwowana jedynie dla obszczymurów kupujących Żuberki i Leżajski z Żabki, kończących każde wyjście na piwo pobudką w nocnym autobusie na zajezdni.

Do części sceny kraftowej przylgnęła już niestety łatka ludzi, co piciem dobrego piwa wydłużają sobie fallusa, bo brakuje im kilku centymetrów do jednego cala. Nie mogę wyjść z podziwu, kiedy ktoś uważa, że świadomy wybór trunków robi z niego lepszego człowieka, któremu św. Piotr wysyła co tydzień maile, czy może zechciałby już wbić do Nieba. Bo górnolotne eposy o „wyższości mojego picia od picia Twojego” automatycznie stawiają takiego osobnika na piedestale chwały.

Tylko w jego mniemaniu.

Stąd wzięły się zresztą wszystkie przywary sceny piwnej w Polsce. Pogarda dla osób bez wiedzy piwnej, chcących po prostu się napić, nieodróżniających stoutu od porteru bałtyckiego i myślących, że AIPA to jakaś choroba weneryczna. Zadzieranie nosa przed tymi, którym nie smakuje to, co smakuje tym lepszym, rozumiejącym świat piwa. Elita, która z wyższością patrzy na sąsiada, wrzucającego pod grilla 12-pak Tyskacza.

Bo alkohol nie działa na tych, którzy piją na przykład imperial stouty. A jak zadziała, to grzecznie czekają godzinę, aż z nich zejdzie, by później móc delektować się kolejnym piwem. Żony witają takich w progu domu nie wałkiem i tapczanem w salonie, a lodem i pralką.

Wszystkich, którzy myślą, że pijący dobre piwo nie są w stanie się upodlić, zapraszam na dowolny, większy festiwal w Polsce. Z całym szacunkiem dla festiwali… w takich miejscach odsetek upodlonych kolesi, którym po kilku piwach kultura ucieka uchem, wywala skalę poza zawory. W porównaniu z dowolnym pubem, plażą, a może i większością domówek na gdańskich blokowiskach, choć to już śmiała teza, jednak empirycznie zbadana. Potrzebne są dalsze badania i jakieś stypendium.

I ja nic do tego nie mam. Sam na festiwalach przecież piję, bo promile miękko głaskające wewnętrzną stronę moich żył są nieuniknione. Trzymam jednak fason i nie robię live’ów, kiedy trudność sprawia wymówienie „Brokreacja to nie jest Polski klub”.

Zdarzyło mi się zwątpienie w swoją moc, kiedy ta okazywała się niewystarczająca do utrzymania morderczego tempa. Nie udaję wtedy chojraka, bo w moim mniemaniu jestem częścią kultury picia, która miała promować picie odpowiedzialne i smaczne. Tym bardziej dziwi, gdy jeden z drugim słaniając się na nogach, najchętniej wyszliby jeszcze na scenę i pobełkotali rzucając mięsem.

Pijąc takie, a nie inne piwo, dużą wagę przywiązujemy do smaku. Gdyby tak nie było, zamiast na WFP czy Beergoszczy, lądowalibyśmy na Disco Polo Festiwalu w Tychach albo na jarmarku z EDI-m. Spotkania piwne przyciągają smakiem, ludźmi, atmosferą i są przesiąknięte pasją. Ale twierdzenie, że picie kraftu oznacza brak zainteresowania alkoholem i pełną trzeźwość to nędzne oszukiwanie samego siebie.

Prawda wychodzi wtedy, kiedy ktoś po pijaku rozwali sobie czachę na schodach, obszcza spodnie na WFP albo zaśnie na leżaku za stoiskiem. Albo kiedy drze mordę podczas roastu blogerów, ku uciesze tylko tych kompletnie upodlonych, a ku zażenowaniu 99% oglądających. Mi by było wstyd (i mówię tylko o tych, którzy tak się zachowywali).

To nie są przypadki odosobnione. Są nieuniknione. Ktoś wypił za dużo, ktoś miał gorszy dzień, kogoś nagle siekło i nie mógł znieść grubej fazy. Bo na przykład nie ogarnął, że 0,33 quada może wyrządzić mu krzywdę i zasiać spustoszenie w zwojach mózgowych. Lepiej czasami więc odpocząć na powietrzu i nie zgrywać terminatora. Festiwale to fenomenalne miejsce, ale też raj dla socjologów i psychologów, włącznie z tymi resocjalizacyjnymi.

Pijemy piwo dla smaku i stanu, w którym unosimy się pół centymetra nad ziemią. Obyśmy częściej unosili się pionowo niż poziomo. Obyśmy nie okłamywali samych siebie i nie stawiali się na pozycji tych fajniejszych. Picie kraftu nie zmienia nas w nic na lepsze; nie robi z nikogo dobrego człowieka.

A jeśli kiedykolwiek poczułeś się lepszy od innych, bo w pubie zamówiłeś piwo 4 razy droższe od Okocimia, to mam dla Ciebie złą wiadomość.

Nie jesteś lepszy od innych.

Jesteś po prostu bucem.

  •  
  •  
  •  
  •  

23 komentarzy

  1. Tekst idealnie w punkt :) Ze swojej strony dodam, że dzięki naszemu naczelnemu blogerowi piwnemu zainteresowałem się kraftem. Tyko, że Nie podobają mi się jego streamy czy filmiki jak jest napruty. Głownie z tego powodu, że w zamyśle stara się pokazać, że z piwka można wyciągnąć dużo więcej niż tylko najebkę, że można napić się kulturalnie delektując się smakiem i aromatem. Po prostu wyższą kulturę picia. Potem oglądasz go z żenadą nabitego jak pieprzy trzy po trzy. Żeby nie było – nie mam nic do tego, żeby się mocniej sponiewierać i może to robić Tomek, ale niech to robi poza kamerami bo uważam, że szkodzi to jego wizerunkowi i przeczy wartościom, które stara się przekazać w swoich filmach. Taki off top ;)

  2. Od Tychów to się Pan odwal :p

    Ja mam sposób ze szwagrem na festiwalach, ze kupujemy jedno piwerko i dzielimy na pół aby przed odcięciem więcej pokosztować:)

  3. Szpilka rozsądku na nadęty balonik. Dziękuję za wpis! :)

  4. Smutne, że zostało to powiedziane tak wiele razy, a zanim zdążysz wypowiedzieć „kultura spożywania pysznego pisarka”, do Internetu wypływają kolejne filmiki ze znanymi gębami, gdzie jeden przybija ćwieka w popularnym pubie, inny tańczy na starówce z pawiem na butach, a ostatni wygląda jak wyrwany z castingu do ekranizacji „Pamiętników Chryzostoma Paska”. A potem wielkie oczy, jak na zewnątrz piwowarstwo kojarzy się z alkoholizmem i snobizmem, bo przecież gęby ciągle te same.

  5. Uka, ale ja na serio pije bro dla smaku :)) Jak się chce naebać to walnę gorzołę. Ale nawalony to ja już nie byłem ze 2 lata :) A kaca to nie pamiętam kiedy miałem ostatnio, chyba na studiach.

  6. Dobry artykuł! Osobiście poza kraftem pijam też eurolagery i się tego nie wstydzę. Ojca i teścia nie udało mi się przekonać nawet do najprostszej IPA więc trochę głupio nie napić się z nim Tatry czy upolować kilka żubrów ;) A co do alkoholu wolę wypić kilka piw niż wódkę (co też nie spotyka się ze zrozumieniem u starszych członków rodziny). Cenię alkohol + walory smakowe chmielu jako środek na relaks po ciężkim tygodniu pracy.

  7. Właściwie 2/3 albo nawet 3/4 tego wpisu można swobodnie zastąpić definicją słowa „snobizm”… Taka sytuacja :)

  8. Świetny tekst, 100 procent racji, niektórym od goryczki zlasowało mózgi

  9. To ja dodam jeszcze trochę goryczy do tego obrazu. Nie jaki Pan Docent z ostatniego BGM wychodził prawie na cztere łapach. Aż żal było patrzeć. Chyba nie o taką kulturę picia komukolwiek chodziło,

  10. A jeżeli ktoś woli nawalic się np. „Kormoranem” a nie np. koncerniakiem to znaczy się że jest snobem?

  11. Prawda jest taka,że jak się chce spróbować na festiwalu ze 20-30 piw,które mają wysoki woltaż to nie ma szansy się nie „zkaprawić” xD. Tekst w punkt.pozdrawiam

  12. Ja tam się lubię naebać (choć ostatnio coraz rzadziej i coraz ciężej to znoszę) i lubię zrobić to dobrym piwem, natomiast snobowanie się i wyśmiewanie z tych, którzy wolą proste lagery jest słabe. Że ktoś biega z pawiem na butach? Ot, ulało się, bywa ;-)

  13. Rozumiem o co chodzi, ale jestem chyba wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie zdarzyło mi się jeszcze upodlić kraftami, a największą jednodniową ilością są dla mnie dwa, i to naprawdę od święta. W 99% piję jednego – do filmu, do nauki czy do czegokolwiek. Jak mam się naebać na jakiejś posiadówie, to pierwszym moim piwem jest krafcik, a kolejnymi tyskacze albo inne specki. Być może to przez studencki portfel, po prostu szkoda mi wypić piwo za dychę w momencie, gdy nie odróżniam stouta od gose. I jakoś mi takie przyzwyczajenie „jednopiwkowe” weszło w krew. :D

    • Dokładnie mam tak samo. Pierwsze, drugie dla smakuba potem to już zwykły lager. A Festiwale na pewno nie są po to by delektować się piwem tylko po to aby poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach

  14. „Żony witają takich (…) lodem.”

    No no, odważna teza ;)

  15. Dobrze napisane, prawdy sporo. Po sobie mogę jednak powiedzieć, że odkąd krafty popijam, zdecydowanie mniej alkoholu spożywam. Do tego doszło zainteresowanie nisko%. Cieszę się, że piję mniej, a lepiej. Że odkrywam nowe smaki, o których do niedawna nie miałem pojęcia. Czy to gorsze, czy lepsze? Nie dbam o to…
    Z pozdrowieniami

  16. Świetnie to napisałeś. Pierwszy akapit przeczytałam chyba z 5 razy :D

  17. Mike P. Anderson

    27 maja 2018 at 11:25

    To beka z „piwnych Januszy” jest teraz passe?

  18. Amen. Dobry tekst. Pozdrawiam

  19. „Lodem i pralką”…. ciekawe ilu ogarnęło ten tekst

Dodaj komentarz

*

© 2013-2017 Piwolucja.pl

Theme by Anders NorenUp ↑