Kto z was, podobnie jak ja, zaczynał pięcie się po drabinie piwnej jakości od Ciechana Miodowego? A może są tu tacy, co pamiętają „Smoki”? Czy ktokolwiek wspomina nieistniejące już Cornelius Honig-Weizen? Czasy „przedkraftowe” (to słowo wykuło się nieco później) obfitowały raczej w piwa klasyczne, choć tak różniące się od korpolagerów. Rynek piwny oferował wtedy albo jasnego lagera, albo piwa takie jak z tego zestawienia. Koncerny nie eksperymentowały, bo potrzeby – poza wąskim gronem z Browarbizu – w zasadzie nie było, A więc sensu inwestowania w ciekawostki również nie. Cofnąłem się pamięcią do lat, kiedy z trwogą dokładałem 3-4 złote do kolejnej butelki licząc na upgrade bazy smaków i aromatów w moim mózgu. Sięgnąłem po 18 piw z czasów, gdy słowo kraft w zasadzie nie istniało. Sprawdźmy, czy ta „klasyka” daje jeszcze radę.
Przypomniało mi się, że popełniłem kiedyś takie zestawienie: Piwa, z którymi wchodziłem w świat kraftu
Ciechan Miodowe

Wali dworcem PKS w Gdańsku. Zapach szczyn w piwnicy. Prawdziwy miód ma subtelny zapach, a to piwo wali sztucznym starym miodem, kojarzącym się z zaschniętym moczem na klatce schodowej. Zapach brudu.
Smakuje kurzem. Zleżałe zboże, stęchłe, a zamiast słodyczy miodu mamy odczucie jak przy utlenionym nieudanym, jasnym lagerze o piwnicznym profilu. Piwnica, kurz, utlenienie i trochę miodowej słodyczy. Goryczki brak, po łyku pustka.
Straszna bieda i szkoda mi piwa, które wiele osób w pewien sposób wprowadzało w świat piw z wyższej półki. W tym mnie. To kiedyś nie mogło tak smakować.
Z plusów: nie jest ulepkiem. Wolałbym jednak przykryć tę stęchliznę słodyczą. Da się je dopić, tłumiąc zmysły oglądaniem serialu.
Ciechan Wyborne (xD)

Pachnie miodem i mokrym zatęchłym zbożem. Lwówek vibes. Po ogrzaniu idzie w kierunku ziołowo-spadziowym, aby finalnie rozwinąć się w zatęchły-miodowy z nutą zgniłego drewna.
No straszne to piwo jest. Ale po kolei. Brakuje mu nagazowania; wydaje się niedogazowane, przez co wszystkie problemy łatwiej mi było wyczuć. Nie rozpisując się zanadto smak „Wybornego” określić można w ten sposób: muląco-kurzowe, miodowo-stęchłe, smakujące jak zatęchła piwnica z miodem. Z nutami spleśniałego drewna i brudnej szmaty.
Goryczki brak. Absolutnie paskudne i niemalże niepijalne.
Miłosław Pszeniczne

Pachnie drożdżami, bananami, morelami i nutą kwiatową. Ciasto drożdżowe z morelami, ten kierunek, banany schowane za morelą.
Wytrawne, z cukrowym mdłym finiszem. Nie spodziewałem się fajerwerków, bo pszenica to często piwo nieco mulące. Tu jednak ten cukrowy posmak dobija. Całości brakuje głębi i konkretności. Wodniste, wyzbyte jakiegoś namacalnego smaku. Jakieś tam drożdże, jakiś tam przejrzały ciemny już banan, na to mdły finisz. Na lato, na plażę? Mogłoby się udać, być może nieźle by orzeźwiało.
Sensorycznie natomiast płaskie w smaku, mdłe i – poza aromatem – nudne.
Pszeniczniak (Browar Amber)

No ale co browar z Bielkówka odpierdolił, to czapki z głów!
Lata temu, może w 2011 roku, zdarzało mi się szarpnąć na to piwo – wtedy jedno z moich ulubionych. Kończyłem właśnie technikum. Moim „marzeniem”, było, że jak już będę zarabiał realną kasę, to za pierwszą wypłatę kupię ich sobie Pszeniczniaków ile zapragnę i wypiję na plaży.
Tak też zrobiłem, wypiłem 6.
Bo marzenia trzeba spełniać.
Od tego czasu, sam nie wiem dlaczego, Pszeniczniaka piłem dosłownie kilka razy. No i proszę państwa, to był zajebiście duży błąd.
Pachnie tak kosmicznie, że trudno się uczepić jednej nuty. Mamy tutaj skórkę z cytryny, rejony białego grejpfruta, świeże drożdże, świeże siano i nutę białego chleba. Aromat wypełnia szkło po brzegi – wielowymiarowy, warstwowy, przypominający witbiera. Na etykiecie informacja o bananach i goździkach. Myląca, bo absolutnie żadnych bananów i goździków tu nie ma. Fenoli w zasadzie żadnych, poza muśnięciem białego pieprzu.
Sam fakt, że wyszło tak cytrusowo bez dodatków w postaci zestu, czapki z głów.
W smak tak samo dobrze, a może i nawet lepiej. Piwo krągłe, pełne, nieco gęste, musujące. Szczelnie wypełnia usta. Dopiero tutaj czuć trochę bananów, a nawet czegoś w rodzaju gumy balonowej o smaku bananowym, budyniu waniliowo-bananowego.
Żadnego cukrowego posmaku, żadnego mulenia i mdłej słodyczy. Budyń, banany, świeże drożdże, trochę białego pieprzu, skórka z cytryny i element, który przypomina mi świeże siano leżące na polu.
Przy tym arcydziele propozycja od Miłosława to jest kpina i żenada. Piwem od Ambera można się zaś sensorycznie bawić, niuchać, cmokać. A można też wypić 6 na plaży.
Rozyebauo.
Żywe (Browar Amber)

Żywe ma swój specyficzny zapach; nie do podrobienia. Skojarzenia wędrują od mdłego melona, przez sękacz po babkę piaskową. Trudno opisać je trafnym deskryptorem. Słodkie, „ciastowate”, z nutą melona (chleb melonowy?). Emblematyczny dla tego właśnie piwa, przywodzący na myśl belgijskiego tripla.
Dobrze się to pije. Słodowe, w zasadzie bez goryczki. Jasne ciasto (babka), placek drożdżowy, sękacz, keks bez owoców. Czuć oczywiście, że pijemy piwo, ale jest ono takie… mdło-ciastowo-słodowe. Przyjemne. Na finiszu trochę ziołowego chmielu.
Przyjemne, aczkolwiek podbicie goryczki by mu nie zaszkodziło.
Rycerz (Browar Gościszewo)

Polewali je swego czasu z kija w Spiżarni Malborskiej (zaraz obok dworca). Pachnie zupełnie inaczej, niż je zapamiętałem. W mojej świadomości było to piwo na wskroś zbożowo-chlebowe, woniące lekko piwnicznie. Tymczasem pachnie… Lemon Haze. Marihuana, cytrynka i nic więcej – intensywny zapach, kojarzący się raczej z jakimś APA.
W ustach gładkie, nieco oleiste, miękkie, puszyste. Wyraźnie cytrynowo-marihuanowe, w tle ciut zboża, ale nie tyle, co kiedyś. Dziwne, bo pamiętam, że było w opór zbożowe i uznawano to za cechą piw z Gościszewa. Wypadłem chyba z obiegu.
Przypomina bardziej nowofalowego lagera lub cięższe APA. Najbliższe skojarzenie to Amber APA (te takie cytrynowe warki), nieco Miłosław Bezalkoholowe IPA. Goryczka krótka, intensywna.
Mięciutkie, pyszne piwo.
[Zawiercie] Bursztynowe (Browar na Jurze)

Opiekany chleb, tosty z ciemnego pieczywa i… truskawki. Estrowe nawet bardziej niż chlebowe. Konfitura truskawkowa (taka z garnka, jeszcze ciepła) przykrywa wszystko. A żona czuje „książki w starej bibliotece”. To dopiero deskryptory…
W smaku mieszanka lekko opiekanego chleba, truskawek i nuty „kurzowej”. Chleb z dżemem truskawkowym, lekko stostowany. Proste, dość satysfakcjonujące, z minimalnie zaznaczoną ziołową goryczką. Co prawda ma nieco stęchły, piwniczny klimat, ale mi to nawet siada.
Spoko piwo. Wrócę do niego.
Krzepkie (Browar Kormoran)

Najmniej pachnące piwo zestawienia. Kapka miodu i to tyle.
W smaku zbożowe, dość słodkie (ale nie cukrowe). Lager, w którym balans przesunięto na maksa w kierunku słodu, skąpiąc goryczki. Najbliższe skojarzenie to Rycerz z Gościszewa w dawnej formie, trochę też Żywe z Ambera. Nieco mokrego zboża, jasnego słodu i miodu, ale bardziej w klimacie rozgryzanego słodu.
Alkohol się nie przebija (za co szacunek). Tylko co z tego, skoro Krzepkiemu brakuje przede wszystkim wyrazistości i goryczki (jakaś tam jest, ledwo ledwo).
Puste, mulące, nudne. Wypijesz i zapomnisz.
Porter Witnicki (Browar Witnica)

Zaskakuje całkiem niezłym aromatem. Przypalony słód, trochę przypieczonego ciemnego pieczywa i wyraźna nuta cukru demerara/melasy. Po ogrzaniu nieco grzybowy, stęchły, co dość skutecznie maskuje demerara. Paloność szybko znika, wraz z ogrzaniem.
Wyróżnia je barwa: mocna czarna herbata, mahoniowy.
Po pierwszym łyku zacząłem się zastanawiać, czy ktoś nie wlał tu kwasu chlebowego. Dziwne, specyficzne. Nie ma w tym porterze żadnej głębi, smak w mig ucieka z podniebienia. Mocno karmelowe, słodkie, grzeczne. W typie ciut palonego, za to fest karmelowego koźlaka dubeltowego. Karmel dominuje, za nim dosłownie ciutka paloności i muśnięcie gorzkiej czekolady. No i goryczka całkiem przyjemna, chociaż ten piwniczno-grzybowy posmak z aromatu daje się we znaki podczas picia.
Gdyby ktoś polał mi to piwo w ciemno, raczej nie zgadłbym, że mam do czynienia z porterem bałtyckim. Łatwo pomylić je ze słodkim eksperymentalnym koźlakiem.
Spoko piwo do wypicia i niemyślenia o nim. Niewiele w nim przeszkadza, nie grzeje od alkoholu, nie ma nut rozpuszczalnikowych, nie jest utlenione. Grzeczne, słodkie i niezbyt interesujące.
Noteckie Ciemne Eire (Browar Czarnków)

W latach 2010-2011 pijałem to piwo regularnie. W pobliskim Auchan kosztowało niecałe 2 złote. Obecnie ponad 4. Czy jest warte tej ceny?
W zapachu dominuje mieszanka kawy zbożowej Anatol, przypalonego ciemnego pieczywa (wchodzącego w pumpernikiel). Na to nieco karmelu. Zapach pierwsza klasa, intensywny, zachęcający, bez wad.
Niestety, smak obnaża ogromną wadę tego piwa: cukrową wręcz słodycz. Poza ciemnym cukrem czuć jakiś karmel i muśnięcie skórki chleba. To tyle, czar pryska. Słodki deserek. Jeśli lubicie klimaty Fortuny Czarnej, bardziej w karmelek niż Colę, to bierzcie w ciemno. Brakuje kontry, brakuje goryczki.
Mogło być fajnym ciemnym lagerem, takowy też zapowiadał doskonały zapach. Szkoda.
Noteckie Jasne Pełne (Browar Czarnków)

W zapachu brzeczka z miodem akacjowym i jasnym słodem. Może się podobać.
Wyraźnie słodowe, jasne ziarno plus jasne pieczywo. Najlepiej oddaje je słowo: pożywne. Kojarzy mi się z „kellerbier”. Goryczka ziołowa, przyjemna, krótka. Bardzo smaczne piwo, w typie cięższego chlebowo-zbożowego lagera.
Fajna rzecz. Wrócę do niego na 100%.
Magnus Śliwkowy (Browar Jagiełło)

Jedno z największych pozytywnych zaskoczeń zestawienia.
Aromat jak w porządnym krafciku. Słodki, lotny. Pumpernikiel z marmoladą śliwkową.
Pierwsza kwestia, która mi się podoba – nie jest uporczywie słodkie. Zbalansowane, czuć słodową stronę – przypalony cukier z nutami ciemnego chleba, wchodzącego ponownie w rejony pumpernikla. Świetnie komponuje się ze śliwką w typie marmolady. Na to niewielka kontra z ziołowej goryczki.
Tylko jedna kwestia nie daje mi spokoju. W składzie nie ma ani soku śliwkowego, ani śliwek w formie innej niż… aromat. Niemniej, wyraźnie czuć smak śliwkowy. W dobie aromatyzowania kraftu nie mam z tym jednak żadnego problemu… ;)
Zajebiste, co tu dużo gadać.
Wiśnia w piwie (Browar Kormoran)

Kormoran przy Jagielle to jak tania jagodzianka z marketu przy rzemieślniczej robocie z lokalnej cukierni. Ze trzy klasy niżej. Niebezpiecznie ociera się o smakowego korpolagera.
Aromat? Niezbyt intensywny. Tani syrop wiśniowy, na to nuta metaliczna.
Słodkie, ale w taki ordynarny nieprzyjemny sposób, bez głębi. Weźcie korpolagera z ciut wyższą goryczką i nalejcie tam syropu wiśniowego. To piwo, od kiedy pamiętam, było metaliczne w smaku i tak jest też teraz. Jakaś tam goryczka i przebijająca się nieco zbożowość zdradzają, że może stać wyżej od korpolagera na półce.
No co mam napisać… Smakuje to, jak ciut lepszy lager z syropem wiśniowym i to tyle. Nie na tu głębi, wiśnia wyszła ani turbosoczysta, ani kwaśna, ani wybitnie naturalnie. Nuda jak cholera i ogromne rozczarowanie.
W tej cenie można po prostu dolać do korpolagera domowego soku wiśniowego. Żona powiedziała, że jak chodziła za czasów studenckich do speluny i lali kiepskie piwo, prosili o dolanie soku dużego baniaka stojącego na barze. Żeby dało się je wypić.
I że to co jest coś podobnego. Auć.
Magnus Królewski (Browar Jagiełło)

Drugie najmniej pachnące piwo zestawienia. Muśnięcie cukru demerara. Koniec.
W smaku karmelowe, słodkie i okropnie puste. Klimat Książęcego Ciemnego Łagodnego, chociaż zestawiając je ze sobą, na 99% lepiej wypadłoby to drugie.
Karmelowo-przypalona woda. Nie różni się znacząco od słabej jakości (karmel!) kwasu chlebowego albo Kofoli.
Spoko napój, ale z piwem ma mało wspólnego.
(Powiedział Twój stary pijąc DDH IPA)
Trybunał Export (Browar Piotrków)

Pamiętam, że po raz pierwszy piłem to piwo pod gdańskim falowcem, w jakiejś ulewie, po zmroku. Dziwne rzeczy pamiętam.
Aromat nijaki, coś jak Perła Chmielowa. Skunks, trochę brzeczki. Nuda, poziom Lecha. Jednak w smaku…
Wow! No tego się nie spodziewałem! Nachmielone fest, goryczka jest wręcz nieco przytłaczająca. Trochę zalega, przez co nie umiem się zdecydować, czy mi się to podoba. Dominuje całkowicie. Ziołowa, nieco piołunowa. Słodowa kontra próbuje ją przygasić słodyczą; czuć, że pod spodem piwo jest słodkawe. No ale nie radzi sobie z tym poziomem IBU.
Jeśli ktoś chwyci to piwo w sklepie z myślą „dorzucę zeta i sprawdzę co to”, to na 100% wykręci mu mordę i ucieknie. Bardziej gorzkie od wielu znanych mi IPA. Najbliższe skojarzenia: Perlenbacher z dawnych goryczkowych warek. Podkręcony dwu-trzykrotnie. Perła Chmielowa x10.
Ależ to musi robić robotę pod kiełbachę na grillu. Od dzisiaj mój wybór „działkowy”…
Jantar (Herrnbräu GmbH & Co.)

Wiem, nie jest to polskie piwo, a warzone u Niemca na zlecenie polskiego importera piwa z Zawiercia. Niemniej, pijałem je przed erą kraftu, toteż dorzucam je do zestawienia.
Niby Niemiec, a pachnie jak rasowy czeski pils. Ziołowo, minimalnie cytrusowo. Kojarzy się z Pilsnerem Urequellem. Nic więcej tu nie ma, czysty aromat, bez wad i problemów.
Problem pojawia się po przełknięciu – brakuje mu goryczki, jest przez to puste. Słodowość biedna, w zasadzie Jantar nie ma konkretnego smaku. Zbliża się niebezpiecznie w rejony koncernowego korpolagera, być może od niektórych koncernowych pozycji będzie nie do odróżnienia.
Przyjemnie pachnie, ale na tym zalety się kończą.
Raciborskie Twierdzowe (Browar Zamkowy Racibórz)

Aromat miodowy. Utleniony. Pachnie ładniej od Ciechana Miodowego xD Do tego wyraźna nuta warzywna (DMS). Całość składa się na zapach bulionu z miodem. Z perspektywy sensorycznej: dramat. Z perspektywy „chcę zimne piwko” – nie odrzuca.
Smak to powtórka aromatu. Miodowo-warzywne, z bardzo przyjemną ziołową goryczką. Wielu może podpasować, z racji tego miksu słodyczy z ziołową kontrą.
Gdyby „odjąć” to utlenienie i wyraźny warzywny posmak, trochę zredukować słodycz, to mamy tu potencjał na bardzo smacznego lagera. Tyle że nikt tego przez lata nie zrobił, bo widocznie tak miało być.
Na pewno nie powiedziałbym o nim „niepijalne”. Powyższe wady są dla mnie wyraźne i wyczuwalne. Dla kogoś, kto po prostu pije se piwko, mogą pozostać niezauważone.
Ja Twierdzowego nie powtórzę, bo nie ma w nim nic, co bym chciał powtórzyć.
Raciborskie Klasyczne (Browar Zamkowy Racibórz)

Pachnie w zasadzie niczym. Kapkę może ziołami i landrynkami.
Ponownie, słodkie, cukrowe wręcz. I ponownie, trochę „bulionowe”. Minimalnie podciąga mu noty ledwie zaakcentowana goryczka.
Absolutnie nudne i nijakie. Ciężko o nim cokolwiek napisać. Słodkie, nudne, płaskie, jasne piwo. Nieco warzywne, z rachityczną goryczką. Napisać, że „nie wyróżnia się” to byłaby i tak spora przesada. Więcej uroku ma Romper czy niejeden jasny korpolager. Tam cokolwiek się dzieje, tutaj nie dzieje się nic.
1/3 nie dopiłem, za bardzo mnie zmęczyło. Mulące, zbyt słodkie i warzywne.
Piękna to była podróż, moja wątroba nie zapomni jej nigdy. Zdegustowanie powyższych tytułów wlało w moje serduszko dodatkowe pokłady sentymentu i pogilgotało hepatocyty. Mokre zboże, miód, stęchlizna, cukier i ogólna miernota – byłem przekonany, że tak będzie w każdym przypadku. Okazuje się jednak, że niektóre tytuły przetrwały próbę czasu i niesłusznie pomijamy je na półce.
Może warto więc, w zalewie podobnych do siebie słodkich ipek, sięgnąć czasem po klasykę sprzed ery kraftu?
Ostatnio komentowane