Ostatni wpis powstały we współpracy z marką Pilsner Urquell jest ukłonem w Waszą stronę, drodzy Czytelnicy. Podczas naszej dwumiesięcznej współpracy komentowaliście uszczypliwie niektóre elementy browaru, marki czy działań marketingowych. Postanowiłem wyprostować pewne zagadnienia i odnieść się do niektórych kąśliwych uwag. Nie po to, aby kryć markę, ale przede wszystkim po to, aby uświadamiać, że nie zawsze warto rozdmuchiwać małe sprawy do rangi wielkich problemów.

No… i jest tu też masa zdjęć, więc jeśli moje słowa Was nie przekonują, to przynajmniej warstwa wizualna powinna :)

Warzenie równoległe

Odbywa się. Na tym w zasadzie mógłbym zakończyć ten akapit, ale jak już pewnie zauważyliście, gaduła ze mnie i łatwo nie odpuszczę.

No dobra, doskonale wiem, że niektórych z Was ten temat bardzo mierzi :)

Dzięki takiemu procesowi, możliwe jest odnoszenie walorów sensorycznych nowych partii piwa do warek warzonych tradycyjną metodą. Niech chodzi przy tym o całkowite kopiowanie piwa, a utrzymywanie konkretnych smaków. Niefiltrowany Pilsner Urquell jest jakby szablonem, odniesieniem dla piwowarów.

Proces warzenia równoległego ma także na celu na zaznajomienie szkolonych w Pilźnie Tapsterów z różnicami sensorycznymi pomiędzy Pilsnerem tworzonym po staremu a tym w nowoczesnej formie. Wiadra z fermentującą brzeczką i beczki z gotowym piwem stoją w piwnicach browaru na widoku. Każdy z gości ma szansę poczuć choć trochę, jak kiedyś wyglądał jeden z elementów procesu warzenia piwa. Elementem wizyty w tych chłodnych, wilgotnych, liczących 9 kilometrach korytarzach jest degustacja niefiltrowanego Urquella, wytwarzanego klasycznymi metodami.

Masz ochotę na wirtualny spacer po browarze? Zajrzyj do mnie na Instagrama, gdzie możesz zaliczyć taką wirtualną wycieczkę. Kliknij w „Pilsner Urquell” w wyróżnionych relacjach, aby zobaczyć m.in. zdjęcia z Pilzna.

Nikt nie ukrywa, że warzenie równoległe to głównie atrakcja turystyczna. Przyciąga jednak tłumy. Co więcej, niefiltrowany Pilsner smakuje doskonale. Czuć w nim coś, czego brakuje mi w wersji filtrowanej — cytrusowy charakter chmielu Saaz. Piwo jest treściwsze, chlebowe, nieco drożdżowe. Wielka szkoda, że nie można kupić go w sklepach. Rozumiem jednak, że browar straciłby nie lada gratkę dla odwiedzających.

Lokalny patriotyzm

Napisać, że mieszkańcy Pilzna i goście odwiedzający to miasto pijają Pilsnera, to jak napisać, że gdańszczanie pijają Goldwassera.

Pilzno zalane jest Pilsnerem. Z każdego rogu łypie logotyp, informacja o piwie z tanka czy plansza sponsorska pod plakatem reklamującym wydarzenie. W każdych potravinach kupić można butelki i puszki. Każdy ogródek piwny leje Pilsnera i chwali się tym faktem od progu. Przez cały wyjazd ani razu nie trzymałem w dłoniach szkła innego niż masywny kufel z logotypem marki (no, może z wyjątkiem śniadania). Absolutnie każdy lokal ma klasyczny złoty kran i serwuje Pilsnera na wszystkie sposoby.

Czuć, że miasto żyje piwowarskimi tradycjami. Ten kontakt z marką jest oszałamiający, a jednocześnie w jakiś sposób oddolny i niewymuszony. W Polsce czegoś takiego raczej nie uświadczymy. Przechodzisz przez wybrukowaną uliczkę w okolicy Na Parkanu, w ogródku siedzi kilku starszych Panów i pije po Šnycie. Po drugiej stronie młoda para zamawia Mliko. Wszyscy piją tu jedno piwo. Ludzie biorą czynny udział w jego historii.

Lokalna duma

Historia Pilsnera rozpoczyna się w 1842 roku.

Josef Groll był postacią… ciekawą. Wywodził się z Bawarii i lubił ponoć nieźle zabalować. Za kołnierz nie wylewał. We wspomnianym 1842 roku człowiek ten uwarzył pierwszą warkę tego, co dziś nazywamy pilsnerem czy też pilsem.

Drożdże „pożyczył sobie” z browaru ojca, w którym pracował w początkach piwowarskiej kariery. Użył miejscowej miękkiej wody, lokalnego chmielu (Saaz) i morawskiego jęczmienia. Receptura oparta była o eksperymentalne w tamtym czasie piwa bawarskie. Przeniesienie ich do Pilzna nie było kłopotliwe. W obydwu rejonach panował podobny klimat, dzięki czemu leżakowanie piwa nie stanowiło wyzwania.

Pilsner ponoć nie do końca spełniał oczekiwania zarządców browaru, jednak mieszkańcy Pilzna byli nim zachwyceni. Dlaczego?

Bo byli maksymalnie wkurzeni.

Tak bardzo nie smakowało im lokalne piwo, tak bardzo utyskiwali na jego jakość, że w 1838 roku wylali 36 beczek słabej jakości piwa do kanałów przed budynkiem Ratusza. Klarowne, złociste, aromatyczne piwo od Grolla — uwarzone kilka lat później — podbiło ich serca. Choć trzeba przyznać, że trudnego zadania nie miało.

Dlaczego o tym wspominam?

Czuć, że mieszkańcy nie tylko piją Pilsnera, ale utożsamiają się z jego historią. Są dumni ze swojej historii, bo mają z czego być dumni. W ich mieście powstało piwo, które przez dziesięciolecia kopiowały browary w całej Europie. Każdy chciał mieć swojego pilsa.

Niestety dla browaru, szał na jasne lagery zaciemnił informacje o pochodzeniu stylu. Stąd ponad 50 lat później firma uznała, że należy zastrzec znak towarowy. Na „pils” było już za późno, więc zastrzeżono „Pilsner Urquell” – w tłumaczeniu „Pilsner u źródeł”. Aby każdy, kto pije to piwo, wiedział, że pije spuściznę Josefa Grolla i — w pewnym sensie — mieszkańców Pilzna.

Trzykrotne chmielenie

Wspominałem o tym procesie przy okazji wpisu o chmielu Saaz. Pilsner Urquell informuje o chmieleniu w trzech dawkach podczas dwugodzinnego gotowania. Pierwsza partia wpada do kotła jeszcze przed zagotowaniem brzeczki, druga na 80 minut, a trzecia na 25 minut przed zakończeniem gotowania. Chmielenia na zimno się nie wykonuje.

Niektórzy mogą podciągać ten proces pod znany z piw kraftowych triple dry-hopping, czyli potrójne chmielenie na zimno. Podczas zwiedzania browaru poinformowano nas o „triple hoppingu” i jest to stwierdzenie jak najbardziej poprawne. Nikt nie mówił, że Pilsner chmieli Saazem „trzy razy bardziej” czy „trzy razy więcej”. Bo od czego trzy razy więcej?

Chmiel dodaje się trzykrotnie. W trzech porcjach. Proszę się rozejść, tu nie ma sensacji :)

High Gravity Brewing

Nie korzysta się. I tym razem nie będę tematu rozwijał, bo nie ma czego rozwijać. Browar korzysta z blisko 100 tanków fermentacyjnych, ale metody HGB nie wykorzystuje.

I chwała mu za to.

Bednarstwo na terenie zakładu

To był jeden z najbardziej inspirujących momentów wycieczki. Abyście uchwycili klimat, popatrzcie najpierw na zdjęcia…

W przybrowarnym zakładzie bednarskim pracuje już tylko 8 rzemieślników. Niegdyś było ich kilka razy więcej. Obecnie, są to jedyni bednarze w Czechach. Można się zastanawiać, po co firma utrzymuje osoby parające się tym wymarłym niemalże zawodem. Czyżby chwyt marketingowy, a Ci Panowie są tutaj tylko na pokaz?

Rzemieślnicy pracują przy konserwacji i tworzeniu beczek do niefiltrowanego Pilsnera. Ponadto, tworzą przepiękne drewniane kufle i tym podobne drobnostki. W dobie stali, drewniane kadzie nie są już potrzebne przy regularnym warzeniu. Ośmiu ostatnich bednarzy inspiruje podczas zwiedzania i pozwala na chwile przenieść się gościom w czasy, kiedy zakład ten tętnił życiem.

Pracują zdecydowanie dla gości, którzy mają okazję napić się niefiltrowanego piwa w podziemnych korytarzach browaru. Ich praca nie idzie na marne, jednak choć poważana, nie jest już tak niezbędna, jak lata temu.

Sposoby serwowania piwa i piana na trzy palce

Mliko różni się kompletnie od Šnytu, który jest po prostu małym piwem. Przy czym Hladinka to duże piwo. Przypisywanie konkretnym sposobom podawania Pilsnera magicznych właściwości jest moim zdaniem nadużyciem.

Dla osoby, która nigdy nie rozkładała piwa na czynniki, to jednak pierwsze zetknięcie z sensoryką. Dlaczego więc nie przekonywać do wykrywania różnic? Moim zdaniem to dobra droga.

Ważna sprawa. Mliko to mokra, bardzo ciężka piana, która redukuje się mniej więcej do 0,2l napoju. To zresztą mój ulubiony wariant, bo nikt inny nie podaje piwa w ten sposób. Twierdzenie, że Mliko to typowa pianka, jest błędne. Proszę szanować ten sposób nalewania.

Urquell przykłada ogromną wagę do serwowania piwa. Od mokrej zimnej szklanki, po odpowiednie nalanie, z pianą odpowiedniej grubości, po zaserwowanie logotypem do klienta i życzenie „na zdraví!”. Każdy z tych małych elementów składa się na pewną kulturę, której — poprawcie mnie, jeśli nie mam racji — żadna inna marka nie wykształciła.

Z drugiej strony piwo jest podane zawsze perfekcyjnie, ma grubą pianę (a ta jest ważna!) i prezentuje się — co tu dużo mówić — fantastycznie. Pijemy również oczami. O wiele apetyczniej wygląda dla mnie klarowny Šnyt z grubą pianą niż IPA z farfoclami, bez piany, w niedomytym szkle. A takie sytuacje są, nad czym ubolewam, codziennością w naszym kraftowym światku.

Jasne, można się z tych elementów śmiać. Jednak sama marka dba o to, aby doświadczenie było jak najwyższych lotów. Nie jest to zabawa, a realny element szkolenia osób serwujących piwo (nie tylko Tapsterów). Nazwijcie to marketingiem. Dopóki otrzymuję produkt dopieszczony wizualnie, to w czym problem?

A piana na trzy palce wygląda genialnie.

Smaczki, o których dowiecie się tylko podczas wycieczki

Na terenie browaru natkniecie się na powóz ciągnięty przez dwa konie. Czy wozi się nim piwo? Przynajmniej do dwóch lokali w Pilźnie. Z jednej strony atrakcja, z drugiej poczuć można, jak to kiedyś wyglądało. I pachniało…

Co roku, w okresie Wielkanocnym, butelki z piwem o pojemności 0,33l wysyłane są do Watykanu. Do samego Papieża. Mając na uwadze fakt, że Czechy są jednym z najmniej religijnych krajów w Europie, może wydawać się to zabiegiem co najmniej niestosownym. Tradycja ta ma korzenie w roku 1903, kiedy to Pilsner Urquell trafił do Watykanu po raz pierwszy. Ówczesnemu Papieżowi, Leonowi XIII, jasne piwo z Pilzna zarekomendowali lekarze.

Stara warzelnia pozostała w browarze, jako utrzymane w półmroku muzeum dawnych lat. Ma niesamowity klimat, ale nie warzy się tam oczywiście piwa. Kadzie są otwarte, chroni je szyba z pleksiglasu. Nowa warzelnia nie ma już tego mrocznego klimatu, choć robi wrażenie. Jak każda warzelnia, poza domową :)

W jednym z pomieszczeń natkniecie się na portrety wszystkich dotychczasowych głównych piwowarów. Od Josefa Grolla, po Vaclava Berkę, który obecnie pełni funkcję honorową. Łącznie było ich 16. O ile Michał dobrze policzył.

Zarządcy browaru podkreślają, jak istotną rolę odgrywa dla nich miejscowa woda. W konkretnych stylach (szczególnie klasycznych) profil wody jest bardzo istotny. Na terenie browaru znajduje się wieża ciśnień, jednak jest wyłączona z użytku. Można w niej obejrzeć iluminowaną instalację hydrauliczną. Samej wody można napić się po prostu z kranu w mieście. Na przykład w pobliskim hotelu.


Pilsner Urquell to kawał piwnej historii, która miała niebagatelny wpływ na jasne lagery pite dzisiaj na całym świecie. Kierunek pospolitego eurolagera, który — początkowo — chciał dorównywać czeskiemu kuzynowi, wytyczyli konsumenci. Gdyby przeciętny eurolager smakiem dorównywał swojemu protoplaście z Pilzna, na pewno nie odmawialibyśmy takiego piwa na co dzień.

Dzisiaj, Pilsner Urquell to ogromna światowa marka, z setkami Tankovni, programem Tapster i funduszami pozwalającymi na szeroko zakrojone, marketingowe działania. Podczas naszej współpracy, zwiedzania z przewodniczką czy Chmielobrania ani razu nie czułem, że marketing ma przesłaniać opowiadaną historię i atuty.

Pilsner to czeski pils do picia na kufle. Osoby siedzące w świecie piwa nie przypisują mu cudownych walorów. Ja również nie. Ma dobrze smakować i dawać powód do spotkania się ze znajomymi.

Nie ma co doszukiwać się sensacji, a na niektóre hasła, cóż… można po prostu przymknąć oko :)

Na zdraví!

PS Drożdże „typu H” to szczep, o którym — takie odniosłem wrażenie — mówi się niewiele. Doszukałem się informacji o tym, że są to drożdże Wyeast 2001-PC (H-strain). W czym ich unikatowość? W tym, że tylko Plzeňský Prazdroj korzysta z nich na dużą skalę.

PPS Co do sprawdzania barwy piwa przy świeczce — nie widziałem tego procesu ani o nim nie rozmawiałem, jednak na pewno nie odnosi się do rynkowej wersji Pilsnera. Tak robiło się kiedyś i to jest pewne. 

  •  
  •  
  •  
  •